Auschwitz – Birkenau

Follow my blog with Bloglovin

„Kto nie pamięta historii skazany jest na jej ponowne przeżycie – the one who does not remember history is bound to live through it again”

31 stycznia 2015 rok jestem w miejscu, w którym duchy przeszłości spotykają te teraźniejsze wydobywając z siebie Niemy Krzyk Ludzkiej Bezmocy. Mój Świat się zatrzymał, zadumał pochylił nad kartą historii. Mieliśmy wiek XX … – mamy wiek Chrystusowy. Odarta z naiwności, pełna współczucia i wiary w lepsze jutro przekroczyłam próg Auschwitz.

Z jakichś niewyjaśnionych powodów zostaliśmy zaopatrzeni w naklejki z logo muzeum, które należało przykleić na „widocznym miejscu”. Odruchowo każdy przykleił tam, gdzie zazwyczaj umieszcza się identyfikator, czyli na piersi. Każda grupa posiadała inny kolor naklejki…

Ktoś w tłumie wymamrotał: Segregują nas!? Czemu ma służyć ta segregacja?

Powód banalny. Niewykluczone, że przewodnicy chcą wiedzieć, że mówią do swoich podopiecznych. Analogia jednakże jak podobna do obozowych winkli. Widziałam wielu zniesmaczonych i oburzonych tą sytuacją, w pierwszej myśli zniesmaczenie zawitało również we mnie. Z czasem jednak to zdarzenie pozwoliło mi przenieść się w świat obozowej rzeczywistości lat czterdziestych XX wieku. Być może poczuć się jak „więzień”. Spróbowałam spojrzeć na Auschwitz jego oczami. Poczułam strach.
Jednak myśl, że w każdej chwili mogę zawrócić, wrócić do wolności, do świata bezgranicznej szczęśliwości uspokoiła mnie znacząco.

Jak zatem bezsilnie musiał czuć się więzień, z własnym winklem na piersi, bez nadziei na powrót, bez wiary w lepsze jutro, bez wolności. Niefortunny może i pomysł w moim przypadku pozwolił chociaż na chwilę poczuć smak obozowego życia, jeśli w ogóle to możliwe, „smak ten poczuć” dla tych, którzy więźniami tego świata nigdy nie byli.

Chłodne styczniowe popołudnie mimo słońca dawało się we znaki. Przydzielona „do grupy” ruszyłam w drogę w nieznane…

Nie jest moim zamiarem opisywanie obozu z detalami. Nie będzie tu można przeczytać o dziecięcych butach, ludzkich włosach, o czym czyta się w wielu publikacjach dotyczących Auschwitz. Nie będzie też dokładnego reportażu o sali śmierci, komorach gazowych, krematoriach … czy chcecie to przeżyć zadecydujcie sami!

Auschwitz inaczej Stammlager składa się z trzech części.

Auschwitz I, pierwszy obóz głównie pracy przymusowej ze słynnym napisem „Arbeit macht frei (praca czyni wolnym)” istniał na długo przed II wojną światową jako baraki wojskowe, został zmodyfikowany przez Niemców na poczet obozu. Pełnił funkcję centrum zarządzającego dla całego kompleksu.

Auschwitz II, znany również jako Auschwitz-Birkenau, zbudowany podczas wojny przez więźniów, jako przedłużenie obozu głównego. Najpierw obóz koncentracyjny, potem także obóz śmierci wyposażony w krematoria.

Auschwitz III, lub Auschwitz-Monowitz, duży obóz przemysłowy, gdzie do pracy w fabryce Buna-Werke koncernu IG Farben zmuszanych było wielu więźniów.

Napisanie kilku wyważonych słów o Auschwitz wcale nie jest rzeczą prostą. Nie! wcale nie myślałam, że będzie łatwo. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, iż po przeczytaniu tylu publikacji – wielu kontrowersyjnych, po przeanalizowaniu wydań książkowych naocznych świadków, publikacji historyków, badaczy obozowej zagłady i nazistowskiego reżimu Hitlera, w końcu po osobistym przeżyciu obozowej „prawdy” lub lepiej tego co po niej zostało, przejściu rampą, na której wiele rodzin widziało się ostatni raz, wejściu do baraków wyposażonych jedynie w drewniane, bądź cementowe prycze będzie we mnie tyle skrajnych emocji, tyle buntu, tyle złości i tyle niedopowiedzeń.

Zacznijmy od kontrowersyjnego wywiadu młodego badacza żydowskiego Davida Cole, w którym dr Franciszek Piper – starszy kurator i dyrektor archiwów Państwowego Muzeum w Auschwitz, przyznał przed kamerą, że „krematorium 1″, „mordercza komora gazowa” pokazywana setkom tysięcy turystów każdego roku w obozie w Auschwitz została przebudowana w rzeczywistości po wojnie („Prawda za bramami Auschwitz” 1/6 w części 3 znajduje się wywiad z Dr. Franciszek Piper). Tym oświadczeniem wydanym przez dyrektora Państwowego Muzeum w Auschwitz, jeden z największych „faktów” historycznych został zniszczony.

Od czego rozpoczęły się wątpliwości Cole’a?

Podobnie jak większość Amerykanów, Cole od młodości został poinstruowany, że masowe mordercze zagazowywanie odbywało się w Oświęcimiu. Liczba straconych sięgała około 6 mln. W 1988 roku ukazał się Raport Leuchter’a, który spowodował ponowną ocenę liczby zgonów w Auschwitz (zmniejszając ją do udokumentowanego 1.1 miliona). To tak w ogromnym skrócie. I ta własnie rozbieżność na tyle zaintrygowała początkującego historyka – Żyda, że doprowadziła go do niewyobrażalnie skrajnych konsensusów. Przypomnijmy, iż przed 1992 r., każdy kto publicznie wątpił w oficjalną liczbę około 6 milionów „zagazowanych” w Auschwitz został nazywany antysemitą lub neonazistą.

Co udowadnia nam właściwie wywiad Cole’a?

Wywiad Cole’a udowadnia nam właściwie niewiele, tyle iż ludzie, którzy prowadzili Państwowe Muzeum w Auschwitz „praktykowali” fabrykowanie „dowodów” morderczego gazowania. Fabrykowanie to być może za ostre słowo. Powiedzmy nieumiejętnie przekazywali informacje, które udało się ocalić. Należy pamiętać, że milionom turystów rocznie, mówiono, że „krematorium 1″ jest w stanie pierwotnym, podczas gdy urzędnicy wiedzieli, że „pierwotny stan” to kłamstwo. Gdyby używano słowa „zostało odtworzone” zapewne zmniejszyłoby to ilość narastających wokół Auschwitz kontrowersji. Każdy z nas bowiem posiada wiedzę, iż dzień przed wyzwoleniem obozu dokonano wielu zniszczeń obozowych budynków. Ponad to zacieranie śladów ludobójstwa mogło mieć swój początek już dużo wcześniej, kiedy naziści coraz bardziej odczuwali „swoją przegraną”.
(Dla chętnych wywiad Cole’a)

Kasety wideo, na których dr Piper robi swoje objawienie powstały w połowie 1992 roku. Przez kolejne 12 lat przeprowadzano setki intensywnych badań przez kilkudziesięciu historyków, dziennikarzy i naukowców, którzy próbowali dostać się do tego, co naprawdę wydarzyło się w Auschwitz. Dzięki Bogu żyją jednak jeszcze ludzie, którzy mogą powiedzieć jak było naprawdę a nie tylko „analizować dostępne materiały”, to Ci którzy Auschwitz przetrwali … którzy są najlepszym, niepodważalnym dowodem na istnienie obozów zagłady specjalizujących się w nieludzkim traktowaniu i uśmiercaniu wielu tysięcy ludzkich istnień.

Prawdą jest bowiem, iż nie sposób przejść obok tych wszystkich oświęcimskich kontrowersji nie wsłuchując się w stos prawd spisanych przez tych, którym udało się przetrwać…piekło na ziemi!
To, że w Auschwitz swoje życie straciło wiele ludzkich istnień. To fakt niepodważalny.

Czy to ważne jakiej narodowości był uśmiercany?
Czy to naprawdę aż tak ważne, aby na cmentarzysku ludzkich dramatów toczyć ze sobą walkę, której narodowości było więcej?
Kto bardziej cierpiał?
Czy śmierć w komorze gazowej jest ważniejszą od śmierci głodowej czy przez rozstrzelanie?

Zatrzymajmy się na chwilę, poczujmy ten przenikliwy chłód styczniowego popołudnia, otwórzmy nasze serca i przestańmy walczyć, walczyć ze sobą. Przecież tam w nieludzkich warunkach, zastraszeni, wygłodzeni, maltretowani fizycznie i psychicznie ginęli ludzie! Niszczono życie!
W wielu z nas być może brakuje tego „coś” do głębszego przeżycia Auschwitz. Tego „coś” co wywołałoby przerażenie. Na wielu nie robią wrażenia opustoszałe baraki, puste pola, przysypane śniegiem torowisko, zburzone krematoria. Aby to „coś” w sobie odnaleźć trzeba dojrzeć, dojrzeć do „swojej drogi do Auschwitz”. Nikt bowiem z nas nie jest w stanie wyobrazić sobie, jak wyglądało Auschwitz w czasie swojego egzystowania. Ten, który przetrwał pisze:

„Była jakaś dziwna metafizyka tego obozu. Pamiętam, że jak zobaczyłem go po wyzwoleniu, zaraz w kilka miesięcy po wyzwoleniu, to wydawał mi się jakby mniejszy, niestraszny. Przedtem, gdy z każdej strony człowieka mogło spotkać coś ostatecznego, strach wypełniał wszystkie przestrzenie. Tworzył taką atmosferę, powodował takie napięcie, że nawet przejście przez plac było dla człowieka ciężką pracą”. (Ignacy Szczepański „Häftlingskapelle”)

Po wojnie często pojawiały się takie komentarze, że wszystkim więźniom miano za złe, że przeżyli. Że siedzieli w obozie to dobrze, że ich katowano psychicznie i fizycznie, to też. Ale, że przeżyli…?! Zadawano setki nieprzemyślanych pytań: dlaczego oni, w jaki sposób, jak to możliwe? Mnóstwo podejrzeń i mizernej ludzkiej niewiary. Wielu oświęcimskich wyzwolonych wraz z opuszczeniem obozowego terenu, wraz z wyzwoleniem zamknęło tę kartę swego życia przykrywając ją płaszczem milczenia.
Z perspektywy czasu wydaje mi się, iż było to jedno z najlepszych wyjść dla tych więźniów, którzy wtedy tam, za bramą „Arbeit macht frei” przeżyli swoje dramaty. Jednego bowiem dnia byli bohaterami, a drugiego robiono z nich „prześladowanych”.

Z wiarą w to, iż uda nam się być ponad tym wszystkim, ponad wytłumaczeniem wszystkiego i udokumentowaniem, ponad całą biurokracją, polityką, papierologią, ponad różnicami społecznymi i narodowościowymi, ponad pytaniami dlaczego i jak i spojrzeć w oczy tych którzy przetrwali, przeniknąć ich serce i dusze i ze szczerym radosnym uśmiechem podziękować za siłę przetrwania.
Bo to oni stanowią żywy, namacalny dowód naszej historii.

Na zakończenie kilka wspomnień, tych którym udało się przetrwać, którym los dał to szczęście i ocalił im ich życie:

„Oświęcim był czymś niezwykłym. Na pewno. Ale nie dla nas. Nas tam w środku nic nie dziwiło. Kapo komuś zęby wybił, kogoś rozwalił. Nikogo to po pewnym czasie nie wzruszało. Nie było innej wizji świata. Jeśli ktoś wyglądał poza druty, rozpamiętywał, że żonę zostawił, dzieci, wkrótce sam się wykańczał. Apel, cienka zupka, komin. To był chleb powszedni”.

„Początki były straszne. Pierwszy gaz. Byłem przy tym jako sanitariusz i wywoziłem. Dostaliśmy maski gazowe i wyciągaliśmy z bunkrów zwłoki”.

„Któregoś dnia przychodzi do mnie Sajenczuk i mówi: Chciałbym przeżyć! A taki już był, że najwyżej na tydzień życia wyglądał. Umieściłem go w szpitalu, podkarmiłem, byłem przecież kucharzem dietetycznej. W czterdziestym drugim zachorowałem na tyfus, to ten biedny co dzień przychodził pod krankenbau … Koledzy mi to dokładnie opowiedzieli. Przychodził i pytał: Jak tam z Panem Czesławem? Wiele razy powtarzałem mu, aby nie mówił do mnie „Panie Czesławie”. W październiku czterdziestego drugiego wpada do mnie zaraz po apelu porannym. „Panie Czesławie, jest źle. Wyczytali mnie”. Zaczyna się ze mną żegnać…no, to …proszę Pana, to było … – zaczyna się jąkać. – Panie ja nie mogę mówić. (autor daje nam znak, aby tego nie nagrywać). I potem patrzyłem z bloku ze strychu, jak szedł pod tę ścianę…. Wiedział, że tam mogę stać i patrzeć, to jeszcze ręką machał. Tysiące ludzi mordowanych widziałem codziennie, ale to pożegnanie…”

(Ignacy Szczepański „Häftlingskapelle”)

„W połowie czerwca, któregoś dnia po pracy udałem się pod budynek bloku nr 20. W tym bloku opuściłem tydzień temu ojca. Chciałem dowiedzieć się czegoś o nim, może zobaczyć – myślałem. (…) Wczoraj była selekcja. Wzięli twojego ojca. (…) znieruchomiałem. Stałem tak sam jeszcze przez chwilę. Powoli wwiercała mi się do głowy ta myśl. Ojciec zginął. Nie mam ojca. Złamało się coś we mnie. Drzwi bloku nr 20 otwarły się znowu. Z tragami zawieszonymi na plecach wyszli nosiciele trupów. Traga uginała się pod ciężarem ciał. Skierowali się do bloku nr 28, skąd co wieczór wywożono nieboszczyków do krematorium. Ile śmierci wokół! Ile męki, cierpienia. I nic nie można zrobić. I nic przeciwdziałać. Ile jeszcze trzeba wytrzymać?”

„Widziałem szereg razy, jak powracający więzień z czapką źle wykonywał przepisowy meldunek przed esesmanem. Wtedy rozeźlony żołdak zrzucał więźniowi jeszcze raz czapkę poza straże. Gdy ofiara bestialstwa pędziła po nią – z tyłu strzelał więźniowi w plecy. Nazywało się to: zastrzelony w czasie ucieczki”.

„W następnych dniach szliśmy do pracy w ponurych nastrojach. W myślach wyliczałem kolegów zamordowanych w karnej kompanii. Nie mogłem uwolnić się od nurtującego mnie wtedy pytania – kiedy przyjdzie na mnie kolej – i kiedy mnie zabiją? Nosiłem w sobie jakąś beznadziejność losu. Cóż z tego, że przyzwyczaiłem się do dyscypliny i posłuszeństwa. Niestety wśród sadystów zdarzali się i Polacy. Ze strachu ratowali swoje życie – kosztem innych. Ręce zaciskały się w pięść gdy widziałem, jak niektórzy blokowi bestialsko mordowali słabych, mizernie wyglądających więźniów”.

„Te koszmarne zakłamania i uprawomocnione morderstwa mogły załamać najwytrwalszego i wytrzymałego więźnia. Byłem zbyt młody, aby w pełni zdać sobie sprawę z perfidii postępowania esesmanów, ale powoli narastał we mnie ogromny sprzeciw i bunt. Tym bardziej chciałem żyć, aby pomścić śmierć tylu niewinnych ludzi”.

(Tadeusz Sobolewicz „Wytrzymałem, więc jestem”)

One thought on “Auschwitz – Birkenau

  1. Wzruszające, prawdziwe, okrutne… Nietypowe spojrzenie na tamtą rzeczywistość. Pięknie napisane. Pisz tak dalej Kasiu, czekam na wiecej podobnych i innych tematów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *