Bienheureux poison – uszczęśliwiająca trucizna…

Follow my blog with Bloglovin

***
Jestem z upływającej wody
Z liści, które drżą
Trącane dźwiękiem wiatru
Przelatującego pośpiesznie

Jestem z wieczoru
Który nie chce usnąć
Patrzy uparcie
Głodnymi oczyma gwiazd

Noc – poprzez niebieskie żyły
W każdym włóknie ciała
W końcach palców
Pulsuje namiętnym niespełnionym

Jestem schrypłym głosem
Milczącym głucho
Nade mną dni
O wielkich pustych skrzydłach mijają

Bienheureux poison – uszczęśliwiająca trucizna określenie to wprowadził Baudelaire, autor „Kwiatów zła”, człowiek, którego wiek XVII nazywał wrażliwym, szkoła romantyczna – niezrozumiałym, mieszczanie zaś zazwyczaj określają epitetem dziwaka. Tymczasem Baudelaire kreśli w swoich utworach portret psychologiczny i intelektualny człowieka zagubionego, poszukującego szczęścia, szczęścia, które znajduje w truciznach, doprowadzających go do destrukcji.
Może do napisania tego artykułu natchnęła mnie postać Baudelaire’a, a może dziwny ten świat, który zwariował, który obserwuję na co dzień, w parku, na ulicy, w opowieściach innych, plotkach towarzyskich tudzież innych opowiastkach. Nie wiem – są takie dni, takie momenty, że siadam a palce same wydają „rozkazy”. Stuk, puk!

Życie jest, zgodnie z przenikliwą i lapidarną formułą Heideggera, bytem ku śmierci, a mówiąc zwyczajnie, życie jest po prostu umieraniem.
Czy zdawaliście sobie sprawę z tego, iż każdy swoim postępowaniem zwalnia bądź przyśpiesza owo umieranie. Czy wiedzieliście, że nasze własne przeżycia, historie – nasze biografie są wkładem każdego człowieka w jego własną śmierć?
Czy to nie tak, że błahe czasem powody – przynajmniej gdy patrzymy na nie z boku lub z oddalenia – u niektórych doprowadzają do autodestrukcji, do zhańbienia, zdeptania i zniszczenia psychicznego i fizycznego jednego człowieka, a drugiego w ogóle nie ruszają?
Była to – i jest nadal – postawa często ciężko niezrozumiała dla wielu, a jednak… życie wielu z nas to karawana, która na swojej drodze napotyka wiele pięknych oaz, jak i złudnych fatamorgan.

I tak nasuwa mi się pytanie: w słowie czy w ciszy ocalenie? A może w miłości.

Dla jednych uszczęśliwiająca trucizna jest życiem, dla drugiego śmiercią. Bywa, że człowiek popełni jakiś czyn, który w jednych oczach jest wydarzeniem burzącym spokój na całe życie i naznaczającym myśli, a w oczach drugiego próbą. I choć każdy moment jest dobry do zmian często brak nam sił na kolejną próbę naprawienia, tego, co my bądź ktoś zepsuł. I dlatego według Heideggera można mówić o wkładzie biograficznym każdego człowieka w jego własną śmierć.
Podobno luty to miesiąc miłości, a miłość do zrozumienie, wybaczanie, radość, szacunek, zaufanie, bezpieczeństwo zroszone i łzami szczęścia i cierpienia. Tylko dobre emocje wraz z tymi mniej dobrymi budują ideał. I nawet jeśli ideał sięga bruku gra piękną melodię, która może go ożywić i wskrzesić na nowo.

Czasem chciałoby się polecieć jak motyl, poczuć wolność. Nie aż do gwiazd jak rakieta lecąca w kosmos. Po prostu przez chwilę być motylem. Unieść się ponad problemy, ujrzeć świat z innej perspektywy. Być lekkim, zwiewnym, subtelnym jak poranna rosa, a jednocześnie mieć wyższość psychiczną nad tymi na dole. (Odradzam jednak pozostanie motylem na zawsze. W przypadku tego delikatnego stworzonka owo „na zawsze” znaczy około 7 dni).
Śmiałabym jednak rzec, iż motyle są jak ludzie. Zdobi ich niesamowite piękno, zewnętrzne tudzież wewnętrzne, ale niestety, ta sama „motyla kruchość”. My jesteśmy tak samo słabi. Co nie znaczy, że nie jesteśmy silni. Mamy po prostu jak motyle swoje wzloty i upadki.

Czy Wasze życie nie przypomina w pewnym metaforycznym, zagmatwanym i irracjonalnym sensie ich życia?

Rodzisz się. Jesteś. Żyjesz. Trwasz. Nagle pojawia się pewne pragnienie: chcesz coś umieć, do czegoś dojść. Jest coraz lepiej. Próby, ćwiczenia, wyzwania, dążenie do ideału. W końcu. Potrafisz to. Masz. Triumf. Wolność. Zamykasz oczy i lecisz. Jesteś dumny z tego co osiągnąłeś, jesteś. Cieszysz się z tego. Bawisz się tym. Radujesz. Kochasz. Cieszysz się tą chwilą, dopóki nie wplątujesz się w pajęczą sieć. Boli, tak piekielnie boli. Niedowierzanie. Strach, lęk, rozpacz. Nadzieja. Poddanie się. Cierpliwie czekasz na swój koniec. Destrukcja na własne życzenie. Na linii horyzontu widzisz pająka. Twoją nieodwracalną porażkę. Zbliża się do Ciebie i uświadamiasz sobie, że to koniec, że …
Nagle w ostatnim momencie ktoś chwyta Cię, tuli mocno do siebie i ratuje z pułapki. Znowu jesteś wolny. Czujesz się tak dobrze jak nigdy dotąd. Nowonarodzony. Spełniony. Euforia. Bezgraniczna radość. Ale to nie koniec. Te same ciepłe ręce chwytają Cię w żelaznym uścisku. Zdezorientowanie. Szum w głowie. Strach, ponowny strach. Otóż te kochające ręce uwolniły Cię tylko po to, aby za chwilę urwać Ci skrzydła.
Człowiek jest jak motyl – bez skrzydeł upada.
„Miłość”

Nietuzinkowych pereł sznur porwany przez strzępy obojętności
rozpada się na drobne kryształki zlodowaciałej dobroci
powstałej w procesie unicestwiania prawdziwego ciepła.

Aleją wygnańców przechadza się Anioł, jak Zeus spogląda na Olimp poległych
Serce jego czerwone jak ogień
Oczy błękitne jak ocean
Postawa wyprostowana
Pochyla głowę nad roztrzaskanymi drobinkami przemieniając je w MIŁOŚĆ.

Zawirował świat serca poderwanego do lotu
Zatańczył radością pobudzonych neuronów
Zaświecił blaskiem oczu rozpromienionych
Napływające z niewiadomej oddali ku Niej – jak sen – misterium energii
Pobudziło do życia i wydobyło z siebie ludzkie „Kocham Cię!”.

Naga jak rzymska Venus pod gwieździstym niebem zatańczyła z nim walca
Wzburzona jak grecka Afrodyta z otchłani morskich wód powstała
Najpiękniejsza z Najpiękniejszych
Najszczęśliwsza z Najszczęśliwszych
Rzymski Amor i Grecki Eros zjednoczeni rozpoczęli swe panowanie
…- Panowanie Miłości!
Ares i Mars okryli świat spokojem i harmonią.
Silna jak Syzyf, z zakończoną pracą
Odważna jak Ikar, dolatujący do celu
Radosna jak Morfeusza, przemieniający senne marzenia w rzeczywistość
Oddana jak Hestia, strzegąca domowego ogniska
Wdzięczna jak Athena, walcząca z przeciwnościami losu
Cierpliwa jak Lachesis tkająca nici żywota
Wyzwolona jak Persefona, powracająca do swojej matki
Szczęśliwa jak Nike świętująca swoje zwycięstwo.

Wstąpiła w bramy ogrodu MIŁOŚCI!
Nie umarli bogowie, bo nie przestała w nich wierzyć.
[K.Więcławska]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *