Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości … – Swietłana Aleksijewicz.

Follow my blog with Bloglovin

Kiedy wybuchła elektrownia w Czarnobylu, 26 kwietnia 1986, miałam 4 lata i sześć miesięcy. Pamiętam, jak dziś, dostawałam płyn Lugola łyżeczką, a mama zamykała nas w domu zabraniając zabaw wszelakich na świeżym powietrzu. Czarnobyl, Czarnobyl – to było życie w strachu. Nie wiem dlaczego to pamiętam. Nie pamiętam większości zdarzeń z tego okresu, nie pamiętam niczego poza hasłem „Czarnobyl” brzmiącym w moich uszach jeszcze przez wiele lat.

Setki kilometrów oddaleni od serca hekatomby przeżywaliśmy historię wielu ludzkich istnień z miasta Prypeć. Jednak dopiero wiele lat później, po przeczytaniu kilkunastu książek, obejrzeniu wielu filmów dokumentalnych zaczęłam rozumieć wielkość tragedii czarnobylskiego człowieka. Wczoraj te wspomnienia wróciły, ze zdwojoną siłą, z innym wymiarem.

„Czarnobylska modlitwa” Swietłany Aleksijewicz wystawiona wczoraj w Teatrze Capitol to ludzkie oblicze Czarnobyla. Głęboka, pełna refleksji gra aktorów Republikańskiego Teatru Dramaturgii Białoruskiej, Mińsk poruszyła na nowo moje serce, pobudziła ukryte myśli, zakotwiczone w przeszłości, wyparte. Czarnobyl zmienił kształt świata, zmienił naszą filozofię myślenia, naszą naukę, nasze tu i teraz, nasze wspomnienia, do takiego stopnia, że boimy się tego dowiedzieć, o tym mówić, mówić więcej, mówić konkretniej. To co się wydarzyło, nie jest powodem do tego, aby żyć w strachu własnych myśli. Są tacy, którzy uciekają od historii. Taka ucieczka jest straszna, bo człowiek uciekający od historii, ucieka od samego życia.

„Czarnobylska modlitwa” stanowi owoc wielu lat pracy Aleksijewicz (białoruska noblistka, 2015), dokumentującej doświadczenia ludzi, którzy przeżyli katastrofę w elektrowni atomowej w 1986 roku, niespełna 30 lat temu.  Ludzi pozostawionych sobie. Z przeprowadzonych dwadzieścia lat po katastrofie reaktora rozmów, które białoruska autorka ułożyła w pełne emocji monologi, wyłania się przejmujący obraz życia po końcu. Wspaniała gra aktorów przeniosła moje myśli, moje emocje, moje łzy do roku 1986. Ich twarze, ich historie, ich postawa poruszyły wyparte wspomnienia. Momentami chciałam wyjść, z niedowierzania. Chciałam krzyczeć na znak protestu. Niewiarygodne, jak homo sapiens stał się pionkiem w walce z tym, co w przeciągu kilku minut z błogosławieństwa przemieniło się w piekło – nie na chwilę, na lata, na niewiarygodnie długie lata, dla wielu pokoleń.

Przedstawienie oparte na książce Aleksijewicz staje się mozaiką ułożoną z licznych świadectw, gdzie głos chłopa, pielęgniarki i profesora współistnieje na równych prawach. To historia opowiadana przez mieszkańców Białej Rosji, żyjących w liczbie ponad 2 milionów na terenie skażonym. Na terenie, na którym liczba zgonów przewyższa liczbę narodzin o ponad 20%. Ze starości umiera tu zaledwie 1 osoba na 15. Według danych ujawnionych – ale czy rzetelnych? – w latach 1990 – 2003 zmarły tu 8550 osoby pracujące w miejscu katastrofy. To oznacza liczbę dwóch osób na dzień …

„Czarnobylska modlitwa” to ich historie i wspomnienia dnia katastrofy, i tych następujących po niej. Władza uspokaja miejscową ludność podając do wiadomości, iż to „zwykły pożar”. Mieszkańcy Prypeci, miasta sąsiadującego z elektrownią, nazywanego dzisiaj „Miastem Duchów” opowiadają, iż pożar był zaiste „niezwykły”. Nietuzinkowo piękny. Ludzie podjeżdżali, jak najbliżej reaktora, żeby oglądać malowniczą łunę, która powstała w wyniku wybuchu. Dopiero po kilku godzinach zaczęli odczuwać dziwne, niekończące się drapanie w gardle, ból głowy – pierwsze oznaki napromieniowania. Nad ranem przyszło wojsko, kazało opuścić im ich domy, zabrać jak najmniej dobytku. Myśleli, że wrócą za jakiś czas. Historia pokazała, że nie mogą wrócić do dziś … Ludzie są jak woda, dają się nabierać.

Wokół zniszczonego reaktora powstał skażony pas ziemi zwany do dziś „strefą”, na którym osiedlanie się było ( i jest do dziś) zabronione. Ze względu na promieniowanie. Jedynym znakiem życia jest tu bujna roślinność, jakby zmutowana, „najpiękniejsza z pięknych”, porastająca z każdym rokiem coraz bardziej opustoszałe domostwa, w których czas jakby się zatrzymał.

Każdy z rozmówców Aleksijewicz ma coś wstrząsającego do opowiedzenia. Zdarzają się wśród nich bohaterowie i spekulanci, żołnierze i cywile, prości ludzie i wykształceni wykładowcy. Każdy z nich wnosi nową opowieść do utkanego ze wspomnień zbiorowego portretu, do tej próby zrozumienia motywów, które nimi kierowały, gdy byli postawieni przed trudnymi wyborami: racja stanu czy zdrowy rozsądek, własne bezpieczeństwo czy pomoc innym, sprzeciw czy podporządkowanie się rozkazowi przełożonego.

Autorka pokazuje człowieka zniszczonego nie tylko przez katastrofę, ale również, albo przede wszystkim, przez to, co nastąpiło po. Wysiedleńcy pozbawieni własnych wspomnień, własnego dobytku, stali się „gośćmi nieproszonymi”. Postrzegano ich jako „żywe trupy”, noszące w sobie zarazki śmierci. Wytykano ich na każdym kroku, naznaczeni piętnem czarnobylskiej katastrofy na lata pozostali wygnańcami, obdartymi z wolności do życia. Podchodzono do nich z wręcz metafizycznym, irracjonalnym lękiem, nawet po latach. Dotknięci „czarnobylską stygmą” są społecznie wykluczani, nazywani „świetlikami” i wyłączani z życia „zdrowych”, jakby choroba popromienna była trądem, którym można się zarazić. To taka „czarnobylska dżuma”. Pomazańcy Czarnobyla – niezdatni do miłości, do założenia rodziny, do normalnego egzystowania w społeczeństwie. Mężczyźni nie mogą mieć dzieci, kobiety boją się je mieć. Kolejne historie, które opowiada Aleksijewicz utwierdzają w przekonaniu, że koniec świata miał już miejsce i wydarzył się tak, jak w wierszu Miłosza „Piosenka o końcu świata” – nikt go nie zauważył.

Obdarci z godności, ze wspomnień, pozostawieni sobie, własnej tęsknocie za ziemią,  na której dorastali – życie po katastrofie dla wielu stało się „więzieniem życia”. Napastowani lękiem, nadzorem władzy, która za wszelką cenę próbuje zatrzeć wszelkie ślady Czarnobyla, wielka ideologiczna propaganda i jej radosny ton! Pokonaliśmy awarię!  Chorzy, zdeformowani fizycznie i psychicznie, samotni w swojej samotności.

Aleksijewicz przedstawia nam historie kilku „żywych trupów”. Brzmi drastycznie. Może ta drastyczność pobudzi „coś” w nas. Historie ludzi, ich życia, ich szczęścia, ich radości, uśmiechu przerwanego nagle wbrew ich woli i nigdy nie zwróconego. Przekleństwo dnia 26 kwietnia 1986 roku. Dnia, który jawi się jako potworna wizja postapokaliptycznego świata, w którym nie człowiek walczy przeciwko człowiekowi, ale w którym mająca nam pomóc nauka, wymyka się spod kontroli.

Zapominamy… do procesu zapominania przyczyniła się i przyczynia nadal nie tylko polityka władz, ale także polityka naszej zdeformowanej pamięci. Nie potrafimy pamiętać, ponieważ nie pojmujemy, nie pojmujemy głębi tragedii wielu tysięcy osób naznaczonych czarnobylską katastrofą.

„Czarnobylska modlitwa” jest nie o Czarnobylu jako o wydarzeniu – jest o świecie Czarnobyla, jego mieszkańcach. Tych fizycznie tam obecnych i tych mentalnie zamieszkałych. O języku Czarnobyla, jego przenośniach i idiomach. O ofierze i ofiarach. To modlitwa o ich zbawienie, ale także o zbawienie dla nas samych, którzy to przeżyliśmy. To spowiedź osób, które „pogrzebały” swoją pamięć o Czarnobylu, bo była zbyt chora i bolesna.

Swietłana Aleksijewicz godnie to przekazała …

Swietłana Aleksijewicz, „Czarnobylska modlitwa. Kronika przyszłości”, 2012.

11289148

 

weber2

12726222146w_780

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *