Czy legendy literackie są potrzebne? A jeśli tak – to komu? Przybyszewski na tle legend bliższych naszym czasom. Part I. Rafał Wojaczek.

Follow my blog with Bloglovin

Dziś chciałabym słów kilka w nawiązaniu do mojej miniaturki książkowej o Stanisławie Przybyszewskim – skandaliście!
Tak naprawdę literatura polska wykreowała kilka legend (Przybyszewski, Witkacy, Gałczyński, Borowski, Bursa, Stachura, Hłasko, Wojaczek i wiele innych). Każda z nich miała swoje apogeum i okresy nawrotów w różnej sile i zasięgu. Kolejne pokolenia szukały w literaturze czegoś więcej niż słów układanych w porządku takiej czy innej konwencji, każda legenda była inna, jak i inne były indywidualności pisarskie i człowiecze.
Każda plotka towarzyska wędrowała własną drogą, pukała do różnych drzwi z mniejszym lub większym natężeniem, nie wpuszczano jej drzwiami, „pchała się” oknem. Plotki, ploteczki … – znamy je nie od dziś.

Jakiś czas temu, na warszawskiej Pradze odbył się koncert zespołu Fonetyka. Młodzi ludzie w magiczny sposób odtwarzający przy akompaniamencie dźwięku słowa pisane Rafała Wojaczka. I tu narodziła się myśl. A gdyby tak Rafał spotkał Stacha, czy ich legendy by się skrzyżowały, a może się krzyżują „pośmiertnie” ?
Kiedy myślę o Wojaczku, myślę też o Stachurze – dwie wspaniałe legendy bliższe naszym czasom, które żyją, w mniejszych czy też większych grupach czy to literackich, czy muzycznych bądź artystycznych, ale żyją … legendy są wieczne!

Wszyscy trzej byli indywidualnościami. Potrafili i mieli odwagę potęgować to, co odrębne, własne. Sprzeciwiali się zastałemu porządkowi, tradycji, wprowadzając coś nowego. Sprzeciwili się nawet własnej generacji oraz najbliższym sojusznikom z grup i środowisk artystycznych. Pisanie w „imię czegoś”, przeciw komuś lub czemuś było ich główną inspiracją.

Krótko o Rafale Wojaczku. Urodził się 6 grudnia 1945 roku w Mikołowie. Jego rodzice byli nauczycielami. Bezpośrednio po maturze zaczął studiować filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak długo na tej uczelni nie wytrwał. Po pół roku przerwał studia i przeniósł się do Wrocławia. Tam podjął pracę w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania na stanowisku dyspozytora samochodów. Po kilku miesiącach stracił tą pracę i od tej pory nigdzie na stałe zatrudnienia nie znalazł. W roku 1965 trafił Wojaczek do kliniki psychiatrycznej we Wrocławiu. W klinice poznał poeta pielęgniarkę – Teresę, z którą ożenił się. Jednak małżeństwo bardzo szybko się rozpadło. Ostatecznie Teresa opuściła Wojaczka, zabierając ze sobą dziecko. Poeta debiutował pod koniec roku 1965 na łamach miesięcznika „Poezja”. To tak na szybko. Biografia Wojaczka jest jedna dużo ciekawsza. Uważany był za twórcę, który „żył tak, jak pisał, i pisał, tak, jak żył”. Taki portret stworzyli artyście częściowo przyjaciele, znajomi i czytelnicy, a częściowo wykreował go on sam, często podkreślając swe dążenia do zatarcia granicy między dziełem i życiem. Zagubiony w rzeczywistości Wojaczek był indywidualnością. Potrafił idealizować i potęgować to, co w jego osobowości było odrębne. Gardził harmonią i stabilizacją. Jego życie przepełnione było licznymi burdami pijackimi oraz przejawami buntu, zwłaszcza wobec zastałej rzeczywistości, w której młodemu Wojaczkowi przyszło żyć. Poeta kreował swój mit „poety przeklętego”. Na opinię chuligana i skandalisty pracował „gorliwie”. Jego liczne ekscesy zakończyły się aresztowaniem za zakłócanie porządku publicznego. We wrocławskim Ośrodku Pracy Więźniów spędził dwa miesiące. Rozgłos przyniósł poecie tomik poetycki „Sezon”, wydany w roku 1969. „Był poetą biologii, ale także romantycznej zadumy, bardzo dalekim <<krewnym>> Orfeusza, znacznie bliższym Villona, Rimbauda, Jesienina (…) Niezwykłość jego liryki upatrywano w tym, że potrafił rozpoznawać swój stan chorobowy i wyciągać z niego znaczące konsekwencje dla twórczości artystycznej. (…) Poznać swą naturę, poznać siebie w występku i ekstazie – oto [był] cel, oto przedmiot poezji i credo artysty” . Wiersze Wojaczka „ociekające krwią, błyskające nożami, ekscytujące orgiastycznym seksem, roztapiające się w alkoholu i pląsające w delirycznym transie, są transfiguracją świadomości o arkadii nigdy nie spełnionej¹”.

rafal_wojaczekRafał Wojaczek zmarł w 1971 roku popełniając samobójstwo. Umarł zażywszy środki nasenne. Nie była to jego pierwsza próba. Za pierwszym razem przeszkodzono mu (próbował się powiesić), jednak w nocy z 10 na 11 maja nie znalazł się nikt, kto mógłby poetę powstrzymać.
Karmiona plotką, „wieścią gminną”, anegdotami, prawdą i zmyśleniami legenda Wojaczka, zaczęła narastać już z chwilą głośnego debiutu poety. Kształtowała się ona, jakby wbrew tym wszystkim, którzy nie chcieli uwierzyć w to, iż nad Polską zajaśniała nowa gwiazda, nowy talent. Nie próbowano dostrzec w Wojaczku artysty, pisarza, twórcy, poety, zauważano w nim tylko skandalistę i chuligana (z takiego też powodu nie przyjęto go nigdy w poczet członków Związku Literatów Polskich).

„Nie chciano widzieć w nim poety – jak pisał Edward Kolbus – bo poeta to dla wielu jeszcze co najwyżej półka w bibliotece i pomnik na placu, to raczej <<chmurki i humorki>>, a nie <<krocze>> i <<sperma>>, nijak nie pasujące do preferowanych naonczas treści. Nie chciano widzieć w nim poety – bo i cóż to za poeta, który szlaja się po <<zaplutych barach>>, który <<pije, a potem rzyga>>, przesiaduje w więzieniu i szpitalu dla obłąkanych. Bo i cóż to za poeta, który ot tak sobie, dla draki, przenika swym potężnym ciałem oszklone ramy okien, który dokonuje samookaleczeń, obnosząc świeże <<sznyty>> wśród znajomych, który w różnych klubach (…), w kiblach, na klatkach schodowych i na śmietnikach degustuje tani salicyl i czysty spirytus²”.

Po śmierci Wojaczka w prasie literackiej toczyły się zawzięte spory. Niektórzy uważali, iż „niecałe dwieście wierszy, składających się na cztery tomiki Wojaczka, stanowi zjawisko niezwykłe na tle współczesnej młodej poezji, tak odrębne w swym nastroju, że trudno znaleźć w historii powojennej liryki godne i adekwatne porównanie . Ale byli też tacy, którzy twierdzili, iż Wojaczek nie miał „wielkich idei”, o które by walczył. Był jedynie skupionym na sprawach własnej twórczej kariery egotystą.
Całą dyskusję na temat Wojaczka podsumował dość dobrze Paweł Dybel, który na łamach „Twórczości” napisał:
„Jedni byli skłonni widzieć w nim ofiarę całopalną czy wręcz Chrystusa odkupiającego młode pokolenie z wynaturzeń cywilizacji i wskazującego jedyną drogę poetyckiej prawdy. Drudzy – nic więcej ponad skończonego alkoholika, grafomana, któremu tylko dzięki licznym skandalom udało się zdobyć poklask i uznanie spragnionych sensacji czytelników³” .

Umiem być ciszą [Rafał Wojaczek]

Kończę się w twoich oczach
Umiem być ciszą
Kończę się w twoim śnie

Ostatnie echo jest ciszą
to miejsce
gdzie kończy się twoje spojrzenie

Sen mnie oślepia, rozjarzona
iskra serca
Kończę się w twoim sercu

Przez sen, przez ciebie
donoszę siebie
do twojej śmierci

Zarówno legenda Wojaczka jak i Przybyszewskiego ma to do siebie, że dopuszcza istnienie w świadomości społecznej nazwiska podmiotu legendotwórczego nawet bez znajomości jego dzieła. Zrodziła się z plotek, skandali, trudnego charakteru artystów, ich „inności”. W przypadku Wojaczka zakończyła się jednak gwałtowną, przedwczesną śmiercią. W przypadku obu artystów życie i twórczość uległy takiemu przemieszaniu, że w pewnym momencie stały się jednością – legendą.
Wojaczek gardził spokojnym życiem, nie pragnął stabilizacji i rodzinnego ciepła. Jego ustawicznymi problemami były ciągłe kłopoty finansowe, poczucie osamotnienia oraz brak stałego adresu. Maciej M. Szczawiński w swojej książce „Rafał Wojaczek, który był” analizując listy poety do matki, podsumował je w następujący sposób:
„Prawie każda stroniczka mówi o samotności (mimo wszystko!), o udręce finansowej niesamodzielności (a zarazem braku – w miarę realnej i do przyjęcia – alternatywy), o kolejnych zmianach sublokatorskich pokoi. I o nieprzerwanej pracy nad własnymi tekstami”. Jak bardzo pasują one do Przybyszewskiego ciągle borykającego się z kłopotami finansowymi, zmieniającego dość często swoje miejsce zamieszkania samotnika, który mimo kilku związków nie potrafił odnaleźć się w otaczającym go świecie.
Wojaczek nieustannie demonstrował swą jednostkową spontaniczność w wypowiedziach, zachowaniu i ekspresji. Przypominał Przybyszewskiego z okresu, kiedy był pisarz „królem bohemy berlińskiej”. Wywoływał skandale, nadużywał alkoholu, wszczynał burdy, zachłannie uprawiał miłość z Teresą, pielęgniarką ze szpitala psychiatrycznego. Bolesne związki, oszałamiające życie, szaleństwo i pęd – oto stałe elementy biografii Wojaczka. Buntował się przeciw szarej rzeczywistości, wszelkiemu skostnieniu w obyczajach, w życiu społecznym – jak bardzo przypominał w tych kwestiach młodego „der geniale Pole”. Z czasem Wojaczek zdał sobie jednak sprawę z tego, iż jego bunt jest buntem beznadziejny. Konsekwentnie więc zaczął dążyć do samounicestwienia, podejmując liczne próby samobójcze, aż wreszcie jedna z nich zakończyła się dla Wojaczka tragicznie.

Fragment filmu o Rafale Wojaczku, reż. Lech Majewski

W drugą rocznicę śmierci Rafała Wojaczka jeden z krytyków napisał:
„[Rafał Wojaczek] stworzył poezję oryginalną, ciekawą, lecz ja wiem, że zbiegowisko wokół niego szybko się przerzedzi, że czas jest przeciwko niemu. Był wypadek, nieprzeciętny wypadek, który rozegrał się na marginesie epoki, trwa jeszcze tłum gapiów, dyskutują. Powoli się rozejdą i w miarę upływu lat i nowych zdarzeń, zapomną³” .

Czy autor tych słów miał rację?

Rzeczywiście musiało upłynąć kilka lat, aż rozproszyli się ci, którzy Rafała Wojaczka znali osobiście, z którymi pisarz pił, którym ściskał rękę, z którymi wszczynał burdy i którym dedykował swoje wiersze. Ale kiedy rozeszli się twórcy legendy poety, pozostał jeszcze zainicjowany przez nich kult pamięci artysty: wiersze poświęcone Wojaczkowi czy też coroczne, rocznicowe odwiedziny mogiły Wojaczka na wrocławskim cmentarzu św. Wawrzyńca. Podobnie rzecz wygląda w przypadku Stanisława Przybyszewskiego. Co prawda Ci, którzy znali osobiście pisarza, którzy przesiadywali z nim w winiarni „Pod Czarnym Prosiakiem”, ci, z którymi pisarz pił, z którymi przebywał, bawił się i pił w krakowskim „Peonie” rozeszli się lub umarli. Ale gdyby żyli – jak pisze Boy Żeleński – „na pewno odbywałaby się, raz do roku, tradycyjna wódka starych przybyszewszczyków, na której spotkaliby się wszyscy, bez względu na koleje, jakimi potoczyły się ich losy³” . Pozostał jedynie kult Przybyszewskiego, który odzywał co jakiś czas.

Recepcję twórczości Wojaczka, podobnie jak Przybyszewskiego przesłania legenda, której osnowę stanowią fakty i plotki ze skandalizującego życia. Obaj urastali w tej legendzie najczęściej do rangi skończonych alkoholików, pozerów, zręcznych graczy, którzy dzięki skandalom zdobywali poklask i uznanie (legenda negatywna).
Twórczość Wojaczka odczytywano jako zapis lęków i zagrożeń, wskazywano na zbrutalizowany język poety, akcentowano nasycenie jego wierszy elementami biograficznymi, tworząc w ten sposób poetycki portret twórcy – „zbuntowanego cygana, romantycznego dekadenta, kwestionującego mieszczański porządek publiczny, zbiorowy kodeks moralny, statystyczny ethos” .

Również Przybyszewskiemu zarzucano niezrozumiały język, przesycony słowami z dziedzin nauk ścisłych, amoralny stosunek do ustalonych konwencji społecznych, zgorszenie, fałsz i obłudę, zwłaszcza w oparciu o liczne romanse pisarza, zsuwając tym samym na margines, to, co właściwie winno przodować w ocenie artysty, to znaczy twórczość „der geniale Pole” i jego prekursorskie hasła.

Należy zauważyć, iż także twórczość Wojaczka, podobnie jak Przybyszewskiego była na swój sposób wyprzedzająca, prekursorska pod wieloma względami wobec okresu, w którym powstała ( tu wobec ruchu Nowej Fali ). Wojaczek trafił w społeczne zapotrzebowanie kształtowane przez pękanie systemu totalitarnego w Polsce, przez społeczno – polityczną sytuację „małej stabilizacji”, przez reakcję młodego pokolenia na zgnuśnienie konwencji artystyczno – estetycznych w Polsce oraz przybywającą z Zachodu rewoltę obyczajową (ruch hipisów). Jego twórczość była uwzniośleniem buntu, zawierała postawę skłócenia ze światem, samotności i poszukiwania sensu życia. To wszystko trafiało do młodego czytelnika, i było zapewne obok legendy artysty, źródłem olbrzymiej popularności jego twórczości.

[Katarzyna Więcławska]

Przypisy:
  1.   J. Marx, „Polscy i obcy poeci przeklęci”, w: „Kaskaderzy literatury. O twórczości i legendzie”, pod red. E. Kolbusa, op. cit., s. 500.
  2. „Kaskaderzy literatury. O twórczości i legendzie”, pod red. E. Kolbusa, op. cit., s.370.
  3. P. Dybel, „Cóż to za polski poeta!”, „Twórczość” 1977, nr 8.
  4. A. Więckowski, „Wypadek – zbiegowisko”, „Odra” 1973, nr 5, s. 43.
  5. T. Boy – Żeleński, „Znasz – li ten kraj …?”, op. cit., s. 107.

2 thoughts on “Czy legendy literackie są potrzebne? A jeśli tak – to komu? Przybyszewski na tle legend bliższych naszym czasom. Part I. Rafał Wojaczek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *