Ducha … – Dagny Juel Przybyszewska. Stachu i jego kobiety. Part II.

Follow my blog with Bloglovin

Nie wiadomo dokładnie kiedy Dagny Juel pojawiła się na scenie winiarni „Zum Schwarzen Ferkel” – „Pod Czarnym Prosiakiem”. Najprawdopodobniej było to na przełomie lutego i marca 1893 roku, kiedy to dość często jako towarzyszka Augusta Strindberga, dla którego porzuciła samego Mucha, była ona gościem znanej gospody. W „Prosiaku” nazywanym tak przez Strindberga, oprócz sławnego już wtedy szwedzkiego dramaturga bywali Edvard Munch, przebywający w Berlinie z racji swojej wystawy, oraz mieszkający tu od ponad czterech lat pisarz pochodzenia polskiego Stanisław Przybyszewski. Stałymi bywalcami „Czarnego Prosiaka” byli również niemiecki poeta Richard Demel, para małżeńska malarzy Ola i Christian Kroghowie oraz pochodzący z Prus doktor Carl Ludwig Schleich. Dość często zaglądało tu także wiele osób związanych z kręgiem młodych artystów skandynawskich i niemieckich. Nie wiadomo kiedy dokładnie nastąpiło spotkanie Dagny Juel ze Stanisławem Przybyszewskim. Prawdopodobnie poznali się już na początku marca 1893 roku, wiadomo jednak , iż już ponad miesiąc później, bo 13 kwietnia 1893 Przybyszewski poczynił pierwsze zachowane do naszych czasów wyznanie miłosne. Były to skierowane do panny Juel w języku polskim sparafrazowane strofy wiersza Juliusza Słowackiego „Ostatnie spotkanie. Do Laury”:

„Dawniej bez serca, dziś bez rozumu
O luba moja, nim zginę
Tobie wśród głuchych pamiątek szumu
Ofelii wianek uwinę.
Ty go drżącymi weźmiesz rękoma
Jak wąż Ci czoło okręci –
Oto są astry – róże i słoma –
I to są kwiaty pamięci

Berlin dnia 13 kwietnia 93
Stachu.”

Karta pocztowa S. Przybyszewskiego do D. Juel z 13 kwietnia 1893 roku (zob. A. Sawicka, Listy Stanisława Przybyszewskiego do Skandynawów, „Pamiętnik Literacki”, nr 3, 2005).

Od tego czasu uczucie pomiędzy Stachem a Dagny kwitło. Przybyszewski zdawał sobie sprawę z burzliwej przeszłości swojej ukochanej, sam jednak także miał swoje tajemnice. Dyskretnie nie wspominał wybrance o swej utrzymance i dzieciach. Natomiast o burzliwej przeszłości Dagny wypowiadał się w następujący sposób: „Mówiono o niej wiele złego; wiele jest w tym prawdy; znam dokładnie stosunki łączące ją dawniej z innymi. Lecz cóż to ma do rzeczy? Cóż ,mnie to obchodzi, że obraz, który kocham, wisiał przedtem w brudnej knajpie? Nie mogę być nawet z tego powodu zazdrosny – to, co w niej kocham, co przez nią w obie kocham, nie może mi być przez nikogo zabrane, przez nikogo zbrukane, przez nikogo zbezczeszczone.”

Na jesieni podjął Przybyszewski decyzję o poślubieniu Dagny. Nie oglądając się za siebie, zostawiając swoją przeszłość – Martę i dwójkę ich dzieci – postanawia tworzyć własne szczęście. Córka lekarza norweskiego przeniosła go w inny świat, potrafiła go natchnąć duchowo, natomiast życie z poczciwą Martą oznaczało „usychanie na śmierć”.

Zatem jaka była Dagny?

Ta nieskazitelnej urody, rudowłosa, skandynawska piękność była natchnieniem i muzą dla wielu artystów. Porzuciła swoje rodzinne Kongsvinger i uczciwą ojcowską, lekarską rodzinę, aby pielęgnować swoje artystyczne talenty. Na początku związana ze Strindbergiem. Z Przybyszewskim zaczęła spotykać się w chwili, kiedy epizod ze Strindbergiem zaczął przeradzać się w niemiłą przeszłość, co było początkiem nienawiści demiurgów towarzystwa „Pod Czarnym Prosiakiem”.
Także dla Przybyszewskiego była Dagny natchnieniem i muzą, jak sam wspomina po latach:

„Wszystko to, co stanowi nieświadome sprężyny mego działania, co było wielką tajemnicą mej duszy, to ona wydobyła – w niej wciela się tajemnica mej duszy, widzisz, ona jest moją najwyższą duchową i estetyczną radością.” „Wiele było w mej duszy pisane atramentem niewidocznym, trzeba to było tylko odegrzać, a stanie się czytelne. To właśnie sprawiła ona, dlatego kocham ją jak wielkie dzieło mej przez nią zrodzonej duszy.”

Zazdrość-1895-67x100-cm1

Planom małżeńskim Dagny nie przeszkadzał zupełnie związek Przybyszewskiego z Martą Foerder. Co więcej, z wielu źródeł wynika, iż Dagny nawet namawiała Stacha do porzucenia „przybranej narzeczonej” i dzieci, które Marta urodziła Przybyszewskiemu. Ewa Kossak cytuje nawet słowa Maxime’a Hermana, który pisał, że „dowiedziono na podstawie korespondencji Dagny, że nie odegrała pięknej roli w rozejściu Stacha z Martą; słowami i bardzo twardymi radami dosłownie porwała za sobą słabego i niestałego Przybyszewskiego”.

Stanisław Przybyszewski i Dagny Juel pobrali się 18 sierpnia 1893 roku w Urzędzie Stanu Cywilnego w Tiergarten. Jak mówi dokument numer 342, w związek małżeński wstąpili „pisarz Stanisław Feliks Przybyszewski” i „pianistka Dagny Juell”.

Ślub Przybyszewskich był dla ich berlińskich i skandynawskich przyjaciół sporym zaskoczeniem. Nawet bliski Stachowi pisarz niemiecki Richard Dehmel o zaślubinach Stacha dowiedział się z pewnym opóźnieniem. Świadczy o tym list Dehmla do Strindberga z dnia 21 sierpnia 1893 roku, czyli trzy dni po ślubie, w którym pisarz zwraca uwagę na to, iż nie ma ochoty dyskutować na temat panny Juel ze względu na Stacha, który od jakiegoś czasu powtarza informacje o chęci poślubienia jej. Dopiero po upływie pewnego czasu Przybyszewski uczynił swoje zaślubiny powszechnie wiadomymi.
Młodzi małżonkowie wynajęli mieszkanie, w którym zamieszkali razem. Ich sytuacja finansowa od samego początku nie była najlepsza. Był to stały kłopot państwa Przybyszewskich. Jednak „wychowana w bogactwie i zbytku [Dagny] znosiła mężnie i wytrwale kilkuletnią nędzę artysty, co się z trudem przez życie przebijać musiał”.

Mieszkanie Przybyszewskich stało się z czasem miejscem spotkań bohemy berlińskiej, salonem literackim na Louisenstrasse 6. Jeden z ówczesnych, częstych gości Dagny i Stacha, tak opisywał w swoich wspomnieniach jedno ze spotkań w ich mieszkaniu:

„Na Luisenstrasse, Berlin N, mniej więcej połowie ulicy, po lewej stronie, patrząc od centrum, na parterze paliła się przez całą noc czerwona lampa naftowa. Zwisała na przewodzie prosto z sufitu, abażur zaś wokół szkła zrobiony był z czerwonego papieru. […] On był Polakiem, który ani słowa nie mówił po polsku [sic!] i pisał po niemiecku odważne wiersze. Nazywano go Stachem. Ona była Norweżką, bardzo szczupłą, o kształtach Madonny z trecenta i śmiechu, który doprowadzał mężczyzn do szaleństwa. Nazywała się Ducha i piła absynt, nie upijając się. Umeblowanie było proste i skromne. – Na środku stół i dwa krzesła, pod ścianą ukryte za parawanem dwa łóżka. Przy ścianie stało małe pianino, ważny instrument. Bywało zamknięte, tak by nie przeszkadzać innym mieszkańcom, chociaż Stachu walił w nie bez opamiętania obiema rękoma. Grał Chopina nieczysto, w bajecznym rytmie. To zamknięte pianino było jakby duszą tego wynajętego pokoju. Któryś z gości tańczył z Duchą, dwóch pozostałych przy stole patrzyło; jednym był Munch, drugim zazwyczaj Strindberg. Wszyscy czterej mężczyźni byli zakochani w Dusze, każdy na swój sposób, i nie dawali tego po sobie poznać”.

Podczas gdy młoda para spędzała razem letnie dni na spotkaniach w „Czarnym Prosiaku” bawiąc się i tańcząc, nieformalna „żona” była znowu w ciąży – córka Mieczysława. Nie dało się ukryć przed Dagny błogosławionego stanu Foerderówny. Prawdopodobna jest też wizyta Norweżki w domu przy Wöhlerstrasse 14, którą z czasem opisuje Przybyszewski na stronach swojej trylogii („Homo sapiens”, cz. III):

„Odwiedzić metresę Eryka? Ha, ha … Wielki Boże! Opanowała się i weszła na podwórze. Nagle stanęła jak wryta. W jednym oknie parteru ujrzała bladą, zrozpaczoną twarz – dziewczę miało dziecko na ręku. Patrzyły długo na siebie […]. Drzwi otworzono bojaźliwie i tylko do połowy.
– Ale niechże Pani mnie wpuści – odepchnęła gwałtowanie Janinę. – Przecież ja Pani nic nie zrobię … ja tylko chcę widzieć dziecko Pani… Przecież mój mąż jest jego ojcem […] Takie dziecko i już metresą Eryka, ha… ha… ha… Ale siądź Pani, tak Pani pobladła… Pani naturalnie nie wiedziała, że Falk jest żonaty.
[…] Janina rzuciła się na łóżko i łkała gwałtownie.
– Nie męcz mnie pani tak strasznie!
– Ja panią męczę? Ale ja go tu przypędzę…”.

Wiosną 1894 roku Dagny postanawia opuścić Berlin i udaje się do rodzinnego Kongsvinger. Przybyszewski przenosi się z Luisenstrasse znów na Wöhlerstrasse, do brata Antoniego, u którego nadal mieszkała Marta, wraz z synem Bolesławem i niedawno narodzoną córką Mieczysławą, zapewniając jednocześnie swoją formalną małżonkę o rychłym dołączeniu do niej, w celu poznania państwa Juelów. Antoni i Maria Przybyszewscy nie umieli odmówić krewniakowi gościny. Forderówna z kolei, chcąc uwierzyć w to, czego tak naprawdę pragnęła z całego serca, potraktowała powrót Przybyszewskiego jako „repatriację marnotrawnego męża”, męża oczywiście nie zaślubionego. Jak pisze Krystyna Kolińska: „Upewniły ją o tym słowa, które zapewne szeptał lekko schrypniętym głosem o bogato modulowanych odcieniach: <<Wciąż do Ciebie powracam. […] wróciłem do Ciebie>>”.

Zanim Stachu wyjechał do Kongsvinger odwiedził jeszcze w międzyczasie rodzinny Wągrowiec, w którym to bez skruchy zapewniał rodziców, że plotki o jego ożenku są brednią, wyssaną z palca paplaniną. Wyśmiał również informacje jakoby miał jakieś nieślubne dzieci.
Uspokoiwszy rodziców pojechał w odwiedziny do swojej „narzeczonej” Bogumiły Łukomskiej. Tak naprawdę nie wiadomo, ile kobiet w tym czasie istniało w życiu Przybyszewskiego. Jedno jest pewne pozostawiona w Berlinie Marta, czekająca na Stacha w Kongsvinger małżonka – Dagny i ciesząca się właśnie obecnością pisarza Bogumiła.

Przybyszewski świadomie czy nieświadomie przyjmował rolę wiecznego krętacza, sieć intryg, niewyjaśnionych doznań, namotanych i motanych nadal. Brnął w to coraz głębiej tworząc wokół siebie tysiące spekulacji i opowiastek.
Z końcem kwietnia powrócił do Berlina. Dni spędzone na Wöhlerstrasse nie ograniczały się jedynie do słów pomiędzy nim a Martą. Trzeba było jednak również w końcu dotrzymać obietnicy i odwiedzić formalną małżonkę, oczekującą męża w rodzinnym domu. W czerwcu 1894 Przybyszewski przybywa do Kongsvinger. Na decyzję wyjazdu do Norwegii wpływa przede wszystkim niekorzystna, nieustabilizowana sytuacja materialna Przybyszewskich. Juelowie poznają wreszcie swojego zięcia. Stachu żegnając się z Martą zapewne nie wiedział, że Foerderówna jest znów w odmiennym stanie. Trzecie dziecko Stacha i Marty przychodzi na świat 6 lutego 1895 roku.

W Kongsvinger czuł się pisarz dobrze, z dala od codziennych trosk, mógł skoncentrować się na własnej twórczości. Jak pisał w jednym z listów do matki:

„Tu jestem ogromnie szczęśliwy, mam zupełny spokój, praca znakomicie mi od ręki idzie, romans mój już prawie na ukończeniu, nigdy w życiu nie pracowałem z taką łatwością. Teraz dopiero poznałem, co to jest życie spokojne i zupełnie bez troski…”.

Życie w Kongsvinger kształtowało się bardzo szczęśliwie. 28 września 1895 roku przychodzi na świat pierworodny z prawego łoża – pierwszy syn Dagny i Stacha – Zenon.


W Norwegii poznaje Stachu wielu wspaniałych ludzi m. in.: Ibsena, Hamsuna a przede wszystkim znakomitego rzeźbiarza Vigelanda, który wywarł ogromne wrażenie na pisarzu. Dość często będzie potem Przybyszewski propagował jego twórczość w swoich licznych artykułach.
Pisarz nie traci czasu. Sprzyjające warunki w domu dobrze usytuowanych teściów pobudziły w nim ducha literackiego. Pochłonięty pracą twórczą zwiedza również wraz z żoną kolejno trzy skandynawskie stolice: Krystianię, Sztokholm oraz Kopenhagę. Podróże jeszcze bardziej pogorszyły ich, i tak już mocno nadszarpniętą, sytuację finansową. Marzenie państwa Przybyszewskich o wyjeździe do Paryża spełzło na niczym. Ostatecznie Stachu znowu powrócił do Berlina, Dagny natomiast do rodzinnego Kongsvinger, gdzie czekał na nią ich pięciomiesięczny syn.
Bliżej nie określono, czym zajmowała się Dagny podczas trzymiesięcznej rozłąki z mężem. Brak na ten temat jakichkolwiek wzmianek. Na pewno zajmowała się swoim niedawno narodzonym synkiem, którym była bardzo oczarowana i zachwycona. Świadczy o tym korespondencja z Edwardem Munchem, w której pisała:
„Mój syn mówi już <<mama>> i to jest bez porównania najbardziej interesujące ze wszystkiego, co przeżyłam w Norwegii. I wyrywa mi wszystkie włosy z głowy”.

Co robił Przybyszewski w tym samym czasie? Borykał się w Berlinie z poszukiwaniem wydawcy, biedą i swoją „nieślubną żoną” Martą Foerder. Do tej pory matka jego trojga dzieci wspierana była przez Antoniego i Marię, którzy mimo, iż mieli własne potomstwo, pomagali jej, dzieląc się z nią mieszkaniem oraz trudami opieki nad Bolesiem, Janiną i Mieczysławą. Przyrodni brat przypominał jednak coraz częściej Przybyszewskiemu o nowonarodzonej dziewczynce oraz o odpowiedzialności, choćby tylko materialnej, wobec dzieci z „nieprawego łoża”. Stachu w chwilach trzeźwości zdawał sobie sprawę ze swojego trudnego położenia, nie tylko finansowego. W powstałych w tym czasie dziełach jak w powieści „W Malstromie” czy dramacie „Dla szczęścia” przewidywał nieuchronne skutki postępowania z Martą.
Dlatego też jedynym jego marzeniem było wyrwanie się z Berlina jak najszybciej. Ostatecznie jednak dopiero na wiosnę mógł wyjechać. W liście do Alfreda Momberta z dnia 25 maja 1896 roku:
„Strasznie ciężko być samotnym, a mój jedyny przyjaciel, moja piękna żona jest w Norwegii. Dlatego jestem bardzo smutny i jest mi ciężko napisać choćby list. A w sobotę wyjeżdżam ze wstrętnego Berlina.”
Dagny w tym czasie przygotowywała się do chrztu syna. Na życzenie Stacha Zenon miał zostać ochrzczony w kościele katolickim. I tak też się stało. 29 maja 1896 roku w kościele Świętego Olafa w Kristianii mały Zenon został ochrzczony. Przybyszewski nie uczestniczył w uroczystości, ponieważ dopiero dnia następnego wyjechał z Berlina. Do spotkania małżonków doszło dopiero 31 maja w Kopenhadze. Miasto to miało być jedynie przystankiem w dalszej drodze Przybyszewskich, drodze do bliżej nieokreślonego celu. Z listu Dagny do Mucha dowiadujemy się jedynie:
„Myśleliśmy, żeby tego lata pomieszkać w Danii, być może na wyspie Møen. Tam jest wyjątkowo ładnie. Zimą będziemy mieszkać w Pradze, gdzie Stachu ma tak wielu literackich przyjaciół”.

Marzenie o spokojnej egzystencji państwa Przybyszewskich zniweczyła samobójcza śmierć Marty Foerder, z powodu której Stach i Dagny, najprawdopodobniej już w połowie czerwca 1896 roku, zmuszeni byli powrócić do Berlina.
Pierwsze godziny swojego pobytu spędzili najprawdopodobniej w mieszkaniu tragicznie zmarłej kochanki Przybyszewskiego. Jak pisał Władysław Grabski:

„Zdarzyło się, że jednemu z najgłośniejszych kapłanów literackiej kaplicy umarła przyjaciółka, dobra serdeczna dziewczyna, a i to w sposób dość podejrzany, do którego wtrąciła się nawet policja śledcza. Kilka dni po jej zgonie obwieścił dekadent w gminie wyznawców swoich, że pragnąć usłyszeć szelest śmierci, skąpać się w mistycznej rozkoszy satanizmu i czuć trupie tchnienie własnej ofiary, spędził wraz z żoną swoją noc w mieszkaniu zmarłej. – Co za noc, co za noc! – powtarzał – oszaleć można. – Dwa dni później jednak dowiedziano się o bliższych szczegółach tej szatańskiej uczty. Oto mieszkanie dekadenta było od Bóg wie ilu miesięcy niezapłacone, gospodarz zarządził eksmisję, więc biedak, nie mogąc znaleźć na razie innego przytułku, upił się z rozpaczy za cudze pieniądze, a potem półprzytomny udał się z konieczności do pustego mieszkania zmarłej przyjaciółki i tam przenocował, śpiąc twardo jak kamień”.

Nie wiadomo jednak czy ta wiadomość była do końca prawdziwa. Samobójczej śmierci Marty Foerder towarzyszyła bowiem aura plotkarstwa. Faktem było, iż nieformalna żona Stanisława i matka jego trojga nieślubnych dzieci, wobec sytuacji kiedy jej ukochany pojął formalnie za żonę Norweżkę – Dagny Juel, która urodziła mu syna, opuszczona, w ubóstwie, bez żadnego wsparcia ze strony ojca swoich dzieci, zarówno materialnego jak i psychicznego, w chwili załamania i depresji popełniła w mieszkaniu na Wöhlerstrasse samobójstwo wypijając truciznę. Osierociła tym samym troje malutkich dzieci. Tyle mówiły fakty.
Pozostałe informacje dotyczące całej tej sytuacji otoczone anegdotami, plotkami na różny sposób relacjonowanymi przez znajomych Przybyszewskiego z czasem zaczęły nieuchronnie przeradzać się w legendę.
W związku z tajemniczym samobójstwem Marty, Przybyszewski, pod zarzutem złożenia wyjaśnień został aresztowany. Jego znajomi relacjonowali to we wspomnieniach w następujący sposób. Ida Dehmel (primo voto Auerbach) pisała Helsztyńskiemu:

„Przyczyną jego uwięzienia było to, że jedna z bliskich mu pań przeprowadziła zabieg sztucznego spędzenia płodu, podczas którego zmarła. Został zatrzymany, ponieważ obwiniano go o pomoc czy też spowodowanie tego zabiegu”.

Według ustaleń Helsztyńskiego Przybyszewski spędził w więzieniu około dwóch tygodni, po upływie których został wypuszczony, a śledztwo umorzone. Zdaniem Helsztyńskiego Dagny powiedziała Idzie (Ida Auerbach), iż powodem aresztowania Stacha była śmierć jednej z bliskich mu przyjaciółek, która zmarła wskutek sztucznego poronienia, w czym Przybyszewski miał niby pośredniczyć. Jednak z korespondencji Idy Auerbach ze Stanisławem Helsztyńskim nie wynika wcale jasno, by wiadomość ta pochodziła od Dagny.

Czy mamy tu do czynienia z kolejnym elementem narastającej wokół Przybyszewskiego legendy?

Nikt tak naprawdę z komentatorów Przybyszewskiego nie jest w stanie odróżnić faktów zaistniałych od reinterpretacji środowiska, w którym przebywał Stachu. Jest rzeczą oczywistą, iż wiele anegdot o przyczynach śmierci Marty Foerder i następujących po tym wydarzeniu faktach jest fikcją najczęściej przekazywaną pod postacią zweryfikowanej plotki towarzyskiej. Ale prawdopodobieństwo ich zaistnienia jest na tyle duże, że stają się elementem legendy.

Za przykład może posłużyć tu sprawozdanie Franciszka Flauma, związanego licznymi węzłami z Przybyszewskim, który w następujący sposób relacjonował Alfredowi Wysockiemu związane ze śmiercią Marty:

„Kiedyś zaczął Flaum sam mówić o Przybyszewskim. – Wiesz ty, że on był raz żonaty? Legalnie czy nie, ale w każdym razie przedstawiał ją jako żonę. I zmarnował to biedactwo, które porzuciło dla niego rodziców, zamożny dom, nawet religię. Była to córka kupca żydowskiego z Inowrocławia, gdzie Stach dawał jej lekcje gry na fortepianie. Dostał potem stypendium im. Marcinkowskiego i wyjechał na politechnikę do Charlottenburga, pisując do Marty – bo tak się przezwała – ekstatyczne listy, które do reszty przewróciły jej w głowie. Po roku Przybyszewski przeniósł się na medycynę i zamieszkał razem z nią w robotniczej dzielnicy Berlina. Dawał lekcje, lecz większą część niewielkiego zarobku przetracał. Zachodziłem tam czasem do nich – opowiadał Flaum. – Małe dziecko nie miało nawet kołyski, a ona była znów w ciąży. Ani ładna, ani mądra, wyglądała jak pisklę, wyrzucone z gniazda. Stała bezradna wśród życia, którego nie rozumiała. Wodziła oczyma za Stachem, bojąc się tylko o jedno, aby od niej nie odszedł. Kruche jej szczęście nie trwał jednak długo. Przez Strindberga poznał Przybyszewski Norweżkę Dagny Juel i zakochał się w niej bez pamięci. Z domu swego, gdzie urodziło się trzecie dziecko, znikał nieraz na kilka dni. Marta ginęła z rozpaczy, z głodu. Gdy się zjawiał, rzucał się jej do nóg, wołał << Muttek, Muttek >>, wyjmował z kieszeni chleb i kiełbasę, przysięgał, że będzie już teraz przesiadywał z nią razem, że będzie pracował. Ale wnet powtarzała się ta sama historia. Marta nie umiała go zresztą niczym przywiązać i zaspokoić jego wiecznie głodnej wyobraźni. Czy mogła zresztą równać się z wytworną, mądrą, piękną Dagny Juel?
Gdy Marta wpadła wreszcie na trop tej miłości Stacha, a on wyjechał za Dagny do Norwegii, była zbyt dumna, aby walczyć, zbyt dobra, aby stawać mu na drodze. Więc odeszła. Że zaś spaliła wszystkie mosty za sobą, pozostało jej tylko jedno wyjście – śmierć.
– Przybyszewski ma Martę na sumieniu – mówił Flaum. – Znał wyłączność i siłę jej przywiązania, wiedział, że on jest jej całym światem i że poza nim nie ma już nikogo. Mimo to odszedł od niej i zostawił ją samą, z trojgiem maleńkich dzieci”.

Prawie każde słowo relacjonującego Flauma wymagałoby pewnej weryfikacji. Pomijając już wyraźne pomyłki, jak pochodzenie Marty z Inowrocławia. Faktem jest bowiem, iż Franciszek Flaum, niezbyt dokładnie znał dzieje Przybyszewskiego, dlatego nie potrafił konkretnie określić trudnej sytuacji Stacha. Jego sprawozdanie, błędne w wielu szczegółach, to kolejny element narastającej, wrogiej wobec pisarza, legendy.
Współczesna plotka głosiła nawet podejrzenie, iż to sam Przybyszewski podsunął Marcie butelkę z trucizną. We współczesnej książce Krystyny Kolińskiej czytamy: „Mamy prawo przypuszczać, że dowiedziawszy się o nowo poczętej istocie, Przybyszewski rzucił w panice słowa, że nic go to wszystko nie obchodzi. […] I Marta zapewne wtedy wreszcie zrozumiała, że już na zawsze zostaje sama, z uczuciem oszukanej kobiety.[…] Coraz silniej kołowała myśl wokół małej butelki, postawionej wysoko na szafce. Przyniósł ją ktoś czy sama kupiła? I czy ta flaszeczka znalazła się tam tylko przypadkiem?”. Owo domniemanie autorka opiera na faktach, jak sama twierdzi: „Niemniej za każdym bez mała opisanym tu wydarzeniem kryje się dokument i wiarygodne świadectwo” .
Wokół aresztowania Stacha i samobójczej śmierci Foerderówny krążyło mnóstwo informacji, najczęściej przekazywanych z ust do ust, stworzyły one pewną niemożność weryfikacyjną, a co za tym idzie stały się częścią narastającej wokół pisarza legendy.

Uwolnienie Stacha po gwałtownej burzy domysłów nie oczyściło atmosfery wokół jego osoby. Jego aresztowanie odbiło się niestety również na związku z Dagny. Istniały nawet pogłoski, iż młoda małżonka rozważała myśl porzucenia męża, który uwikłany był w tak nieprzyjemną sprawę. Ostatecznie jednak pozostała u boku Przybyszewskiego. Po śmierć Marty Foerder także znaczna część przyjaciół odsunęła się od Stacha, chociaż na ich miejsce pojawili się nowi. Traci też przychylność przyrodniego brata. Pisarz czuł się bardzo osamotniony, w tym osamotnieniu planował nawet powrót do Polski i zamieszkanie w swoich rodzinnych okolicach. Dlatego też coraz częściej wspominał w listach do rodziców o swojej małżonce, przedstawiając ją w samych superlatywach:
„Żyję z nią od prawie trzech lat i pożycie nasze niezwykle szczęśliwe. Podziwiam ją, jak była w stanie przywyknąć do takich stosunków, w jakich ja żyję. Pretensji nie ma żadnych, zgoła żadnych. Nieraz ze mną głód przecierpiała, w ogóle wiele zniesła, bo ja jestem bardzo nerwowy, a jak pracuję, to ze mną nie do wytrzymania. […] Mamuchna nie znajdzie lepszej, wykształceńszej przyjaciółki nad nią. Wszystko robi. Gdyśmy mieszkali w Pankow, to gotowała przez trzy miesiące, i nigdy lepiej nie jadłem, prócz mamy. Przytem wysoce muzykalna, zarabia wiele lekcyami i tłumaczy wszystkie moje dzieła na język norweski”.
Ostatecznie z planów Przybyszewskiego nic jednak nie wyszło, i chociaż Stach i Dagny planowali zostać w Berlinie tylko na dwa tygodnie, utknęli tu na dobre. Nastały chude lata dla Przybyszewskich, żyli z dala od znajomych. Oboje mieli dość Berlina. Przybyszewski uskarżał się Alfredowi Mombertowi:
„Tak, ma Pan rację, w Berlinie tkwi masę brudu, nienawidzę go jak zarazy, a Ducha jeszcze bardziej. Teraz schroniliśmy się na pustkowiu, mieszkamy w lesie i poza Ryszardem, którego niekiedy spotykamy, nie widujemy nikogo”.

Był to ciężki okres przede wszystkim dla Dagny, która tęskniła za synem, pozostawionym w rodzinnym Kongsvinger. Po kilku miesiącach zdecydowała się opuścić Berlin i powrócić do Norwegii. Było to w marcu 1897 roku. Miesiąc później dołączył niej Stachu. Sielanka w Kongsvinger nie trwała jednak zbyt długo. Na początku lata 1897 roku otrzymał, jak mu się wydawało, korzystną propozycję redagowania berlińskiego pisma „Metaphysische Rundschau”. Z tego też względu w czerwcu powrócił do Berlina, pozostawiając Dagny, mimo, iż była w ciąży w rodzinnej miejscowości. Przybyszewski tak relacjonował swoje położenie w owym czasie Alfredowi Neumannowi:

„Przejąłem „Metaphysische Rundschau”, bo inaczej musiałbym z głodu umrzeć. Jak długo mieszkam w Kongsvinger – żyje tam mój teść będący lekarzem – jest wszystko wspaniale, ale wstydzę się przyznać kiedykolwiek, że nie mogę mej Duchy wyżywić. Wobec tego dręczymy się w nieskończonych kłopotach i w nieskończonej rozpaczy, co nam przyniesie straszne jutro. Lecz dajmy temu spokój. Jestem obecnie sam, bo Duchy nie chciałem w te niepewne warunki wprowadzać. Dosyć się już nacierpiała. Prawdopodobnie – He, He – z czasem lepiej będzie. Tymczasem ginę z tęsknoty za nią, ale kocham ją za bardzo, żeby ją znowu wydać na pastwę tej nędzy, jaką przeżyliśmy ubiegłej zimy […]”.

Tymczasem nadszedł czas rozwiązania dla Dagny, źle zniosła poród, co skłoniło Stacha do odwiedzin żony w Kongsvinger. Z przyczyn finansowych okazało się to jednak niemożliwe. Wszelkie próby Stacha zdobycia pieniędzy na podróż do Norwegii spełzły na niczym. Ostatecznie na początku listopada do Berlina przyjechała sama Dagny, która wydobrzała na tyle, iż mogła wyruszyć w podróż. Na szczęście trudny okres przemijał. Przybyszewski starał się przekonywać bliskich, o zakończeniu ich kłopotów finansowych. Szczególnie zależało mu na tym, aby w oczach teścia zyskać upragnione uznanie. W jednym z listów próbował przekonywać go, iż wszystko idzie ku lepszemu:
„Powodzi się nam tak dobrze, jak nigdy dotąd. Co prawda wciąż trzeba na coś czekać, ponieważ w sprawach literackich zawsze coś się przeciąga. Teraz utworzono coś nowego. Pismo literackie, równie wytworne jak <<Pan>>, z kapitałem początkowym wynoszącym 30 000 koron. Jestem redaktorem działu zagranicznego i powinienem otrzymywać gażę miesięczną w wysokości 300 marek. 1 kwietnia wychodzi pierwszy zeszyt”.
W lipcu Przybyszewski zapewniał w jednym z listów do Micińskiego, iż: „Żona moja jest przy mnie, wciąż przy mnie. Podobno opowiadają, że się chce ze mną rozwieść. To podłe, nikczemne kłamstwo”.
Oczywiście wszystkie te zapewnienia Stacha o wysokich zarobkach było mitem. Wyruszyli zatem, na zaproszenie Lutosławskich do Coranny, odwiedzając po drodze upragniony Paryż. Po około dwóch miesiącach Przybyszewscy opuścili dom Lutosławskich, pozbawieni pieniędzy, wylądowali w Paryżu. Dzięki pomocy finansowej Paderewskiego udało im się zostać w Paryżu nieco dłużej. Ostatecznie, kiedy skończyła się już gotówka, Przybyszewski opuścił Paryż, i śladem swojej małżonki, która już od prawie miesiąca przebywała w Norwegii, powrócił do Kongsvinger.

Życie na łasce teściów ciążyło zarówno Dagnie jak i Stachowi. W Przybyszewskim zrodziła się po raz kolejny myśl powrotu do Polski. W sierpniu 1899 roku podjęli ostateczną decyzję o przenosinach do Krakowa. Na początku pisarz wybrał się sam. Tu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem ze strony krakowskiej młodzieży artystycznej. I znowu podobnie jak kilka lat wcześniej w Berlinie, objął „der geniale Pole” przewodnictwo duchowe nad grupą swoich wyznawców. Nie minęły trzy miesiące, a został mianowany redaktorem krakowskiego „Życia”, które prowadził wraz z Wyspiańskim, aż do jego upadku w styczniu 1900 roku. Upadek ten spowodowany był częstymi konfiskatami cenzury oraz bankructwem finansowym, pismo szokowało krakowskich filistrów bełkotem półanalfabetów. Próba zerwania z tradycją romantyczno – pozytywistyczną zakończyła się plonem w postaci tekstów zwykłych prostaków nie posiadających ambicji literackich.

W okresie świetności do Krakowa przybywa żona Przybyszewskiego. Nie czuje się jednak dobrze wśród Polaków. Tym bardziej Stach nie zabiega o dobre samopoczucie małżonki. Jego sukcesom na niwie artystycznej towarzyszyły podobne w życiu prywatnym. Przybyszewski wdał się w romans. Właściwie w dwa równocześnie. Z żoną przyjaciela, Jadwigą Kasprowiczową oraz z młodą malarką Anielą Pająkówną. Dagny nieświadoma zagrożenia, tuż po hucznych chrzcinach ich drugiego dziecka – Iwy, wyjechała do Zakopanego. W tym samym czasie Przybyszewski szykował się do drogi w zupełnie przeciwnym kierunku, mianowicie do Lwowa, gdzie miał się odbyć, od wielu tygodni już zapowiadany w „Gazecie Lwowskiej” odczyt Stanisława Przybyszewskiego o Chopinie. Po powrocie do Krakowa uczucie Stacha do Jadwigi zaczęło wzrastać. Miłość ta doprowadziła do stopniowego rozkładu małżeństwa z Dagny, którego tragicznym epilogiem stało się tragiczne zamordowanie Norweżki w Tyfilisie 5 czerwca 1901 roku, przez podróżującego z nią studenta – Władysława Emeryka.

Okoliczności tej tragedii zostały okryte, jak większość wydarzeń w życiu Przybyszewskiego, legendą. Fakty związane z wyjazdem Dagny i małego Zenona w towarzystwie młodego studenta wskazują, iż były omówione przez małżonków. Jednak relacje związane z wyjazdem Dagny i z następującym po nim wydarzeniu mówią zupełnie coś innego. Kolińska w swojej książce opisuje to tak:

„Przybyszewski lokuje bagaże, chwyta synka w ramiona, obsypuje pocałunkami twarz Dagny. A potem, umykając spojrzeniem tłumaczy, że przyjedzie do nich za kilka dni (…) bowiem nagle zatrzymały go sprawy spektaklu <<Złotego runa>>, i że pojutrze sam musi odebrać duże pieniądze z wydawnictwa. Zaskoczenie było tak nagłe, że nie mogła wykrztusić żadnego pytania, żadnego okrzyku”.
Inni z kolei relacjonują całe to wydarzenie nieco odmiennie. Boy na przykład pisze: „Mąż miał jechać razem, ale na razie nie mógł… z powodu interesów, które go zatrzymywały”.
Jak zauważa Makowiecki owo „nie mógł” wcale nie sugerowało, iż tą informację uzyskała Dagny dopiero na dworcu, tak jak to sugeruje Kolińska w swojej książce.

Dagny_Juel_in_her_coffin

14022012-1

Jaka zatem jest prawda?

Nigdy do końca nie wyjaśniono, czy Przybyszewscy między sobą ustalili, że najpierw pojedzie Dagny z Zenonem, a Stachu dołączy do nich później. Jeden fakt i róże, krążące wokół niego reinterpretacje, tworzące kolejny element legendy o „der geniale Pole”. Biografów Przybyszewskiego dręczyła także odpowiedź na pytanie, dlaczego młody student zabił Dagny a potem siebie?
Odpowiedzią na to pytanie jest znów legenda, niesprawdzalna, zrekonstruowana za pomocą plotki towarzyskiej, udokumentowanej jedynie w przekazie ustnym. Mówiono, iż „Dagny zaczęła kokietować jakiegoś oficera i zazdrosny Emeryk, który wywiózł Dagnę z Warszawy, żeby odsunąć od niej wielbicieli, w gwałtownym poruszeniu zastrzelił ją”. Inna z kolei pogłoska mówiła o porozumieniu między Stanisławem Brzozowskim (poetą) a młodym studentem „mówiono o jakichś tajnych między nimi rozmowach, o wymienianych ślubach na tle nieszczęsnej miłości do jednej kobiety. U Grzymały – Siedleckiego czytamy: „Natomiast jeden z triumwiratu: Brzozowski – Żeleński – Emeryk, opowiada, że wszyscy zadurzeni w Dagnie i przedstawiani przez nią sobie nawzajem porozumieli się i postanowili ją usunąć jako osobę, która sprowadza na nich jedynie ciężkie chwile. Los padł na Emeryka”.

Nie wiadomo tak do końca, która wersja jest ostateczną. Przytoczone tu przykłady ukazują jak ograniczona jest możność ich pełnej weryfikacji i jak element prawdziwości ograniczonej przepleciony z elementem fikcji prawdopodobnej tworzą przypuszczenia, do końca nie sprecyzowana, przekształcające się w krążącą wokół całej tej sprawy legendę.

[Katarzyna Więcławska, „Przybysz. Skandalista. Legenda Stanisława Przybyszewskiego w okresie berlińskim”]

3 thoughts on “Ducha … – Dagny Juel Przybyszewska. Stachu i jego kobiety. Part II.

    1. Pani Eve,
      Piękno to rzecz Gustu … i czasu. dla mnie, na tamten czas była nieskazitelnej urody.
      Nie porównuję jej urody do urody kobiet czasu późniejszego, ani teraźniejszego.
      I nie jest to tylko moja opinia 🙂 kradła serca mężczyzn, oj kradła 🙂
      serdeczności,
      K

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *