Krótka rozprawa o banalności zła …! Dwa Brzegi. Hanna Arendt – Margarethe von Trotta.

Follow my blog with Bloglovin

9 sierpnia 2015 roku w Kazimierzu Dolnym zakończyła się 9. edycja Festiwalu Filmu i Sztuki Dwa Brzegi festiwalu pełnego wrażeń i emocji, kreatywnego i pobudzającego wyobraźnię, w którym dane mi było uczestniczyć jako widz. Festiwal odbywał się po raz dziewiąty i mam nadzieję, że zachęci w swoim uczestnictwie, z każdym rokiem coraz więcej osób.

Patronką Dwóch Brzegów jest X Muza, która w sposób fantastyczny łączy ze sobą film, literaturę, muzykę oraz sztukę, nadając im barw niepowtarzalnych, zbudowanych na kanwie przeżyć, które w magiczny sposób zbliżają do siebie twórcę i odbiorcą tychże wydarzeń. Festiwal zwraca uwagę przede wszystkim na niestandardowe podejście do sztuki filmowej. Dzięki kilkuletniej współpracy z innymi festiwalami realizowane są pokazy filmów nagrodzonych w Cannes, Berlinie, Wenecji, Rotterdamie, czy Karlovych Varach. Na festiwalu oprócz produkcji zagranicznych prezentowane są również produkcje krajowe. Corocznie przeprowadzany jest konkurs filmów krótkometrażowych, którego celem jest umożliwienie debiutu dla młodych twórców. Dwa Brzegi to jednak nie tylko bardzo dobre projekcje filmowe. To również spotkania z twórcami, wystawy malarstwa, fotografii, różnorodne koncerty, wieczorki muzyczne, literackie spotkania, wykłady i dużo, dużo więcej …
Dyrektor Artystyczną Dwóch Brzegów jest Grażyna Torbicka – Autorka cyklu TVP2 „Kocham Kino”, prezentującego najważniejsze produkcje kina polskiego i światowego, członkini Międzynarodowej Federacji Krytyków Filmowych FIPRESCI. Odznaczona Srebrnym Medalem Gloria Artis „Zasłużony dla Kultury Polskiej”. Z festiwalem związana od jego pierwszej edycji.

Idealnym rozwiązaniem jest możliwość rozmowy z reżyserem, mózgiem danej produkcji. Poznaje się człowieka na żywo, spogląda w jego oczy, słucha jego słów przy delikatnym powiewie, przy blasku słońca. Doznaje się wtedy przeżycia niezwykłego, poruszającego, doświadcza się nowych uczuć, doświadcza się banalności zła i bezgranicznej radości z możliwości analizy wypowiedzianych słów i sfilmowanych obrazów. Dla mnie taką głęboką refleksją było spotkanie z Margarethe von Trotta.

Margarethe von Trotta jest twórczynią takich projekcji jak: 1979 – Utracona cześć Katarzyny Blum (Die verlorene Ehre der Katharina Blum oder: Wie Gewalt entstehen und wohin sie führen kann, współreżyseria z Volkerem Schlöndorffem) 1978 – Das Zweite Erwachen der Christa Klages, 1979 – Schwestern oder die Balance des Glücks, , 1981 – Czas ołowiu (Die bleierne Zeit), 1983 – Heller Wahn, 1986 – Róża Lukxemburg (Rosa Luxemburg), 1988 – Felix (cz. 3: Eva), 1988 – Lek i miłość(Paura e amore), 1994 – Obietnica (Das Versprechen), 1990 – Afrykanka (L’Africana), 1993 – Il lungo silenzio, 1997 – Zimowe dziecko (Winterkind, (film telewizyjny), 1999 – Mit fünfzig küssen Männer anders (film telewizyjny), 1999 – Mroczne dni (Dunkle Tage, film telewizyjny), 2000 – Rocznice. Z Życia Gesiny Cressphal (Jahrestage. Aus dem Leben von Gesine Cressphal, serial telewizyjny), 2003 – Rosenstraße (film na podstawie autentycznych wydarzeń), 2004 – Die Andere Frau (film telewizyjny), 2006 – Ich bin die Andere, 2007 – Tatort (serial telewizyjny, odcinek Unter Uns), 2008 – Vision (o Hildegardzie von Bingen) oraz 2013 – Hannah Arendt.

I dziś kilka słów o Margarethe (z którą udało mi się spotkać) oraz o bohaterce jednego z jej filmów – Hannie Arendt… !

Po powrocie z festiwalu Dwa Brzegi i obejrzeniu filmów Margarethe von Trotta zaczęłam zadawać sobie pytanie jak trudne tematy wybierają filmowcy różnych pokoleń i czy siła kina, siła przekazywanego obrazu zroszonego słowami jest dziś tak wielka, że kontrowersyjne filmy mogą być przyczyną podziałów społecznych?

Margarethe von Trotta specjalizuje się w portretach filmowych kobiet, i to jak sama stwierdziła kobiet silnych, silnych w emocje pozytywne i negatywne, silnych wewnętrznie. Bogatych w słabości, zwątpienia ale również w siłę do walki o siebie. Złożone osobowości stają się dla reżyserki siłą napędową do działania, do wnikliwej analizy jednostki, jej zachowań, do oddziaływania tejże jednostki na społeczeństwo i na odwrót. Jakże zaskakujące mogą być wyniki takiego oddziaływania.

Przyjrzyjmy się głębiej Hannie Arendt, bo jej historia, sfilmowana przez Margarethe to przekaz rzadko spotykanej głębszej analizy ludzkich uczuć, zachowań, postaw w obliczu zła, które dotknęło również samą bohaterkę.
Von Trotta jak już wyżej wspomniałam specjalizuje się przede wszystkim w portretach kobiet. I wychodzi jej to nader dobrze! (sic) Warto zauważyć, iż ma też do tego odpowiednią aktorkę – Barbarę Sukovą, która wystąpiła w wielu projekcjach filmowych von Trotta. Wystąpiła w Róży Luksemburg, w której partnerował jej Daniel Olbrychski, była terrorystką Gudrun Ensslin, grała mocno stąpającą po ziemi mistyczkę Hildegardę. Zagrała również Hannę Arendt…
Tak naprawdę nie wiem, co było trudniejszym zadaniem dla von Trotta. Czy ukazanie za pomocą obrazu i słowa Róży Luksemburg wraz z rewolucją z 1905 roku w tle, I wojną światową, niemiecką rewolucją w latach 1918- 1919 i okrutną śmiercią czy pokazanie wykładowczyni teorii politycznych, kobiety – filozof. Pokazać, jak żyje na co dzień, jak plotkuje z Przyjaciółką o mężczyznach, o zwykłych codziennych wydarzeniach, a zaraz potem włącza się w dyskusję niemieckich emigrantów o prawo Izraela do porwania i osadzenia hitlerowskiego ludobójcy, hitlerowskiego wykonawcy rozkazów.

10235

Margarethe von Trotta dokonała czegoś niebywałego. Jej projekcje są odważne i wyważone. Nie ma w nich zdawkowego nadęcia, nie ma retuszu i upiększeń, jest próba zrozumienia jednostki, jej ludzkich instynktów i zakodowanych zadań. Jej lojalności wobec prawa, w sytuacji, kiedy to prawo znacznie odbiega od standardów poszanowania ludzkiego życia. Nie jest łatwo zbudować przekaz tej części historii, która jest bolesną i krzywdzącą. Tej części, która do dnia dzisiejszego poróżnia wielu ludzi, która staje się iskrą nietolerancji, która staje się często zaczynem rewolucji burzących miłość do bliźniego.
Krótko o filmie, bo bez przytoczenia chociażby w kilku słowach fabuły nie da się opisać głębi przekazu von Trotta. Film otwiera scena będąca czymś w rodzaju preludium do fabuły właściwej. Scena ta jednak, tak naprawdę nie ma większego wpływu na to, co widz zobaczy później. Nie ma większego wpływu na przeżycia odbiorcy oraz jego przemyślenia. Scena ta jest jedynie obrazem, na podstawie którego Margarethe von Trotta wprowadza widza w świat filozoficznych rozważań i przemyśleń zbudowanych na kanwie wydarzenia rozgrywającego się w pierwszej scenie, mających jednak o wiele głębszy wydźwięk w momencie, kiedy już siedzimy wraz z Hanną Arendt przy jej biurku, z papierosem w ręku, z głową pełną nowych myśli, myśli odmiennych, myśli nowych, myśli można byłoby rzec niebezpiecznych przede wszystkim dla naszej bohaterki, myśli o Eichmannie już uwięzionym.

Scena wprowadzająca rozgrywa się o zmierzchu. Widzimy Eichmanna wysiadającego z auto-busu i zmierzającego do domu. Po chwili podjeżdża ciężarówka i kilku zamaskowanych męż-czyzn obezwładnia Niemca, po czym wciąga go do samochodu, który odjeżdża w nieznanym kierunku. Cisza. Po Eichmannie nie ma żadnego śladu, a jedynym znakiem świadczącym o tym, że przed chwilą miały tam miejsce jakiekolwiek wydarzenia, jest upuszczona przez Niemca na pobocze latarka, która staje się dla mnie symbolem wymownym, przypomina mi bowiem oświetloną rampę nazistowskiego obozu. Wymownie czy przypadkowo ? Nie wiem, takie było moje pierwsze skojarzenie, dreszcz emocji.
Chwilę potem rozpoczyna się zasadnicza część filmu – pojawia się w końcu ta, która stanowi rdzeń oraz główną oś obrotu wszystkich zdarzeń. Hannę Arendt poznajemy w samotności, co w kontekście całego filmu wydaje się być elementem bardzo znaczącym. Analogiczna scena zamyka również film von Trotta. Samotność – kolejny symbol? Kolejny element bez którego całość nie tworzyłaby całości. Kolejny element bez którego nie udałoby się pobudzić wyobraźni widza, bez którego widz nie przeżyłby wydarzeń sfilmowanych przez von Trotta, tak aby jeszcze kilka dni, tygodni po obejrzeniu projekcji a nawet lat wspominać, próbować zrozumieć nie tylko ofiary, ale i katów, nie tylko tych, którzy zostali skrzywdzeni, ale i krzywdzących, analizując teorię banalnego zła po ludzku, z sercem, a nie zacietrzewieniem, tudzież ludzkim nadęciem. Samotność Arendt nie jest jej ułomnością. Samotność jest dla bohaterki wyzwaniem. Samotność oznacza myślenie. Analizę określonych treści, analizę dogłębną, kilkakrotną, dojrzałą, spokojną. Hannah Arendt staje się na swój sposób uosobieniem samotności, jej twórcą. Dzięki bohaterce samotność nie ma nacechowania negatywnego, wręcz przeciwnie jest mobilizatorem, jest strażnikiem ludzkiego działania, ludzkiego tworzenia. Samotność Arendt stanowi swego rodzaju naukę, naukę, która zakorzeniona została w sercu i umyśle Hanny przez jej umiłowanego mistrza – Martina Heideggera, którego postać, w formie wszelakich retrospekcji (wspomnień bohaterki, czy też w bezpośrednich rozmowach, dyskusjach) powraca wielokrotnie.

Muszę przyznać, iż nie jestem zwolenniczką filmów biograficznych o nacechowaniu historycznym, uwielbiam muzyczne biografie – tak, to fakt. Zawsze wydawało mi się, iż filmy biograficzne ukazujące w jakimś sensie historię, bądź nawołujące do niej, tak naprawdę nie mają nic więcej do powiedzenia i skazane są w swojej żywotności na swego rodzaju wtórność. Jednak film Margarethe von Trotta „Hannah Arendt” zupełnie odbiega od moich wyobrażeń.
Wydaje mi się, iż to odmienne położenie filmu von Trotta polega na tym, iż reżyserka robi to, czego nie zrobiła przed nią cała rzesza krytyków Arendt i czego bardzo długo żaden inny reżyser nie potrafił uczynić. Von Trotta – co da się zauważyć na niemalże każdym kroku filmu – bardzo wnikliwie przeczytała dzieło swojej bohaterki, na które złożyła się seria artykułów pisanych przez Hannę dla „New Yorkera”, będących w istocie reportażami sądowymi z procesu Adolfa Eichmanna, opublikowanymi z czasem w formie książkowej pod tytułem „Eichmann w Jerozolimie. Rzecz o banalności zła”, wydanej w roku 1961. Z perspektywy biografii głównej bohaterki reżyserka wykonała kawał dobrej roboty, co należy jej tu i teraz przyznać. Filmowa Hannah Arendt jest postacią fascynującą – intelektualistka, myślicielka, filozofka, kobieta z trudną przeszłością i ogromnym bagażem historycznym spowitym mrokiem nazistowskiego terroru, z którego ledwo uszła z życiem, z którego szponów udało się jej wyrwać. Hannah jest kobietą niezależną, życie nauczyło ją niezależności, pewności siebie. Jest osobą twardą, poszukującą prawdy, którą uznaje za najważniejsze możliwe dobro. Jest przy tym osobą wrażliwą i ciepłą, chętną do pomocy, kochającą i oddaną.

Dzięki Margarethe von Trotta ukazuje nam się obraz Arendt zupełnie inny od tego sztampowego opisywanego na wielu portalach będących źródłami wiedzy ogólnej. Von Trotta – za pomocą wielu chwytów reżyserskich wykorzystując przy tym bardzo często retrospekcję – odkrywa niezłomny charakter swojej bohaterki. Dzięki takim zabiegom udaje nam się poznać młodzieńcze lata Hanny Arendt, jej platoniczną miłość do Heideggera i jego istnienie w myśleniu Arendt, udaje nam się poznać stosunek Arendt do przeszłości do tego, co stało się z jej rodakami w czasie II wojny światowej, ale przede wszystkim staramy się zrozumieć samą Arendt.
Gdy Arendt napisała w swoim tekście do „New Yorkera”, że Adolf Eichmann, człowiek, który stał na straży masowego ludobójstwa, zrobił, to co zrobił, bo był nikim i tylko wykonywał rozkazy, nie zastanawiając się nad konsekwencjami swych czynów, w środowisku żydowskim i nie tylko – zawrzało. Zdecydowana większość uznała to za zdradę ze strony Arendt swojego narodu oraz za próbę wybielenia Eichmanna, być może nawet przekupstwo. Dodatkowo, kiedy Arendt w swoich artykułach, Arendt – Żydówka, podjęła myśl, iż być może działania żydowskich przywódców, a właściwie brak konkretnych działań, w jakimś stopniu przyczynił się do tak ogromnej liczby wymordowanych Żydów podczas II wojny światowej zarzucono jej nienawiść do własnego narodu.
Dopiero Margarethe von Trotta w swoim filmie odważyła się dokonać głębszej analizy Arendt, próbując zrozumieć jej sposób myślenia. Można powiedzieć, że von Trotta stawia się poniekąd w sytuacji Arendt, w sytuacji czytelnika i widza, który próbuje zrozumieć. Trochę, jak Arendt, która sama podkreślała, iż zrozumieć nie znaczy wybaczyć. Wielka Intelektualistka z traumą wyniesioną z nazistowskiego obozu, próbowała tylko i wyłącznie zrozumieć to, co się działo za drutami obozów koncentracyjnych. Próbowała dojść do prawdy.

Dlaczego ludzie zrobili, to co zrobili? Co tak naprawdę nimi kierowało?

Dziś w jednym z artykułów na portalu psychologicznym przeczytałam, iż w czasach I wojny światowej Freud pisał: „Każda normalna osoba jest de facto tylko po części normalna. Jej ego jest mniej lub bardziej psychotyczne w tej lub innej sferze”. Czy zatem, jak chciał ojciec psychoanalizy, możemy być normalni w niektórych sferach życia, a w innych zupełnie nienormalni?
Czy powołując się na Freuda, można stwierdzić, iż Arendt przedstawiając swoją koncepcję „banalności zła” nie myliła się?

Arendt analizując zachowanie Eichmanna podczas procesu dokonała bezapelacyjnie ogromnej pracy, nie tylko nad napisanymi słowami, ale i nad samą sobą. Jako Żydówka musiała zmierzyć się z duchami przeszłości, spojrzeć w cztery oczy człowiekowi, który uśmiercił olbrzymią ilość jej rodaków. To, co wydarzyło się podczas II wojny światowej, wydawało się nie do pomyślenia – zostało jednak, nie tylko „pomyślane, zaaranżowane”, ale i wcielone w życie, na skutek czego z powierzchni ziemi zniknęła ogromna część nie tylko narodu żydowskiego, ale i przedstawicieli innych narodów. Trzeba naprawdę docenić odwagę Arendt, która zdobyła się na niezależne spojrzenie na tę zbrodnię nie w ramach „utartej sztampy”, utartego myślenia – jak sama to nazywała – ale podług obiektywnej analizy zachowania Eichmanna jako człowieka, jako wykonawcy rozkazów, w czasach, w których przyszło mu te rozkazy wykonywać. Arendt próbowała zrozumieć, próbowała zrozumieć „coś”, co ludzki umysł z perspektywy czasu nie był w stanie pojąć. Łatwo jest bowiem wypowiedzieć własne zdanie, ocenić człowieka, kiedy żyje się w wolnym kraju, kiedy nie ma się nad sobą „kata”. Hannah Arendt dokonuje jakby jednostkowego, własnego sądu nad Adolfem Eichmannem. Stara się zrozumieć go, jako człowieka, zrozumieć jego automatyczne wykonywanie rozkazów. I doszła do wniosku, że zło jest banalne, że bierze się nie z szatańskiej duszy czy demonicznego umysłu, lecz z zawieszenia daru myślenia, z jego nieobecności. Przestając myśleć za siebie, człowiek odrzuca moralność, nie czuje odpowiedzialności, staje się pustym naczyniem, które można wypełnić czymkolwiek, ot, chociażby bezosobową systematycznością w zabijaniu, która leży u podstaw wyznawanego ideologicznego systemu. Jak na ironię, hołubione przez Arendt myślenie i dążenie do zrozumienia sedna prawdy doprowadziło ją do postawienia na szali niemalże wszystkiego, co w życiu osiągnęła. Bo niezależnie od tego, czy miała rację, czy też się myliła, przyjęcie do wiadomości teorii, wedle której największa tragedia XX wieku była również efektem pustej bezmyślności, a nie tylko świadomego działania ludzi pozbawionych człowieczeństwa, jest czymś, na co wielu nie mogło i do dziś nie może przystać, gdyż zaprzeczyliby w pewien sposób temu, kim są.

Bardzo trudno zrozumieć motywy działania człowieka, który pozbawia życia drugiego człowieka. Być może Arendt nie do końca wierzyła, iż to Eichmann był jednostką o której pertraktowały jej artykuły, o której mówiła jej filozofia. Nie mniej, nie więcej jednak teoria Arendt daje do myślenia. Kiedy zanurzymy się w niej bardzo głęboko zrozumiemy, iż człowiek tak naprawdę jest jednostką zaprogramowaną. Podobnie Eichmann, być może, iż jego służalczość w obliczu istniejącego wówczas prawa była tak mocno zakorzeniona i zaprogramowana w jego myśleniu, iż nie zdawał sobie sprawy z tego, iż jego działania przyczyniają się do ogromnego ludobójstwa.

Banalność zła – łatwo określić, po czasie, jako historię. Mam jednak wrażenie, iż filozofia Arendt bardzo często towarzyszy nam na co dzień, o czym nie mamy zielonego pojęcia. Banalność zła rośnie w siłę, rozpoczynając swoją żywotność w małych, wydawać by się mogło nieistotnych działaniach. Wielu z nas pracuje w wielkich korporacjach, jako „korpoludki” harujemy dzień i noc. Wielu z nas jest świadkami nagminnego wykorzystywania, mobbingu, zaszczucia i może jeden na dziesięciu z nas pójdzie z tym do „prezesa” plując mu w twarz i wykrzykując prosto w oczy: tak, nie wolno! W większości jesteśmy marionetkami wykonującymi polecenia i rozkazy.

Podobnie mogło być z Eichmannem. Kiedy dostał polecenie, rozkaz, swój pierwszy rozkaz zapewne nie zdawał sobie sprawy z morderczego planu Hitlera oraz z jego konsekwencji. Z czasem siła rażenia ludobójczego planu była tak ogromna, iż sparaliżowała myślenie tych, którzy temu planowi przeciwstawić się powinni. Choćby żydowscy przywódcy, o których wspomina Arendt w swojej książce. Gdzie oni byli? Gdzie ich siła? Gdzie ich opór? Czasami mam wrażenie, iż jedyne, co jednostka ludzka ma mocno zakorzenione – to chęć przetrwania, chęć życia. Łatwo się ocenia, naprawdę łatwo … łatwo ocenić po latach tych, którym w tym piekle przyszło żyć. Ja odwagi nie mam, nie potrafię …

Margarethe von Trotta korzysta z Hanny Arendt niejako w roli katalizatora – opowiadając jej historię, zanurza się jednocześnie w szereg rozważań nad człowieczą naturą oraz kwestią ludzkiego postrzegania. Nie oceniam filmu, ani zdolności reżyserskich Margarethe von Trotta. Jedni będą zachwyceni – drudzy zniesmaczeni kreacją obrazu. Podoba mi się jednak, iż reżyserka próbowała zrozumieć swoją bohaterkę, że starała się śledzić każdy jej krok, co wcale nie jest rzeczą łatwą, mając do czynienia z tak fascynującą postacią, jaką jest Hannah Arendt. Film nie pokazuje w całości złożoności postaci Arendt, bo i czas na to nie pozwala, dlatego też polecam inne pozycje o Hannie Arendt. To naprawdę godna polecenia postać, o której warto poczytać.

BKjdjGNCAAIOff_ hannah_arendt_ap_img

Wracając do stanowiska Arendt odnośnie procesu Eichmanna. Postaci emocjonalnie związane z wojną widzą protagonistkę jako osobę, która je zdradziła. Środowisko żydowskie wyraźnie zaznaczyło swoje zniesmaczenie do Arendt i wykluczyło ją niemalże z grona społeczności żydowskiej. Amerykańscy intelektualiści, żyjący na co dzień w małżeństwie z abstrakcją, szydzą z jej umiłowania prawdy, dopatrując się w tym fałszu oraz chęci ogrzania się w blasku kontrowersji. Niektórzy przyjaciele odwrócili się od myślicielki, wielu jednak, którzy ją doskonale znało, widziało w niej po prostu osobę walczącą o swoje zdanie.
Godne uwagi jest stanowisko młodych ludzi, studentów Hanny Arendt, którzy nigdy nie do-świadczyli tego niewyobrażalnego zła, którzy byli do niego emocjonalnie zdystansowani. Oni poszukiwali w Arendt odpowiedzi, dlaczego?
Tak naprawdę mało kto próbuje wyjść poza ograniczenia własnej kultury, światopoglądu czy wychowania. Mało kto, nawet w dzisiejszym świecie stara się zrozumieć i tolerować odmienność w wielu dziedzinach życia. Margerethe von Trotta widzi jednak w Hannie Arendt bohaterkę, którą warto poznać – nie dlatego, że nie dała się złamać i nie ugięła się pod presją publicznej chłosty, lecz ze względu na fakt, iż nigdy nie przestała myśleć i dążyć do zrozumienia prawdy, jakkolwiek ciężka i niesprawiedliwa miałaby ona być. Determinacja w obronie swojego stanowiska wbrew większości swojego środowiska – piękna i wartościowa lekcja.

Forgiveness is the only way to reverse the irreversible flow of history – Hannah Arendt

[Katarzyna Więcławska]

a tu link do filmu online, polecam:

http://www.cda.pl/video/1761232e

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *