O Stanisławie Przybyszewskim słów kilka … pierwsze kroki w Berlinie!

Follow my blog with Bloglovin

Sensacja a Przybyszewski. Rzut oka na biografię.

W połowie kwietnia 1889 roku rozpoczyna się w życiu Przybyszewskiego niezwykle ważny etap. Młody Polak postanawia opuścić rodzinny Wągrowiec i wyjeżdża do Berlina. Jak sam pisał (w jednym z listów do Pauliny Pazderskiej):
„całe moje życie streściło się w tej wielkiej alternatywie: wszystko albo nic. Wybrałem wszystko!”

Przybycie młodego Polaka do jednej z największych europejskich metropolii otworzyło przed nim szereg różnorodnych możliwości. Pierwszym dokonanym przez Przybyszewskiego wyborem były studia. Na początku wybrał architekturę na politechnice charlottenburskiej, ale nie był to wybór podyktowany głosem serca. Tak naprawdę wybierał się do Berlina z zamiarem studiowania medycyny, ale musiał z tego zamiaru zrezygnować, ponieważ Kasa im. Marcinkowskiego, która mogłaby sfinansować jego studia, stwierdziła, iż Wielkopolska ma już za dużo medyków. Dofinansowywała natomiast studentów architektury.
Zanim jednak Stachu zawitał w niemieckiej stolicy, przygotował sobie grunt, korespondując z przebywającym wtedy w Berlinie, starszym kolegą z gimnazjum, Tomaszem Pajzderskim, który był już zadomowiony zarówno w Berlinie, jak i na wydziale architektury politechniki charlottenburskiej.
„Der geniale Pole” przyjechał do Berlina schorowany i wymęczony kilkunastogodzinną podróżą. „Dzierżąc w drżących, słabych rękach pakunek z przyodziewkiem, wyszedł na berliński peron z trwogą, czy Pajzderski spełni swą listowną obietnicę. Zaczął się rozglądać, blady, niepewny nie wiedząc, co począć dalej. Nagle usłyszał tuż za plecami głos Tomasza: <<Witam Pana>>, i zaraz zapytanie, w którym nie czuło się troski: <<Co Pan taki wystraszony i taki trupio blady (…) Pajzderski spojrzał z ukosa, podtrzymał mu omdlałą głowę i obojętnie stwierdził: <<No, toś się pan wybrał do Berlina, by <<kichnąć>>”.

W Berlinie rzucił się Przybyszewski gorączkowo w świat lektur. W ciągu kilkunastu miesięcy poznaje dzieła Dostojewskiego, Huysmansa, Spencera, Schopenhauera, Ibsena, Darwina, Pascala i nade wszystko Fryderyka Nietzsche. To właśnie metamorfoza ideologiczna pod wpływem Nietzschego zachęciła młodego Polaka do ważnej zmiany życiowej. Z początkiem maja Przybyszewski porzucił studia politechniczne i rozpoczął studiowanie medycyny na Uniwersytecie berlińskim. Było to równoznaczne ze stratą stypendium Marcinkowskiego, ale młody buntownik nie zawahał się przed podjęciem ostatecznej decyzji. Z początku z dużym zapałem przystąpił do studiowania nauk biologicznych. Medycyna rzeczywiście go zafascynowała, dlatego też bez problemu mógł później, w okresie trudnej sytuacji finansowej , pisać prace doktorskie, bronione przez zamożniejszych od niego. Dowodem intensywnego zainteresowania zagadnieniami biologicznymi były również powstające wówczas pierwsze prace literackie Przybyszewskiego jak: Totenmesse czy Vigilien oraz świadectwo jednego z ówczesnych chirurgów berlińskich, dra Carla Schleicha, który dokonał wynalazku w medycynie tzw.: znieczulenia miejscowego, jak się okazało pod wpływem autora Totenmesse. W swojej autobiografii zatytułowanej Besonnte Vergangenheit opisuje to Schleich w następujący sposób:
„Było to w roku 1890, kiedy obracając się w kole Dehmla, Bierbauma, Hartlebena i Oli Hanssona, zetknąłem się również z Polakiem Stanisławem Przybyszewskim, człowiekiem genialnym, o zadziwiająco subtelnej strukturze duchowej Ala Feliecien Rops, Wallot czy też E. T. A. Hoffmann. Ten poeta, który także porywająco wykonywał Chopina pokazał mi raz swoje piękne zeszyty (wedle Waldeyera, którego był słuchaczem), gdzie znajdowały się wspaniałe szczegóły mózgowych ganglii. Przejrzałem je i przypomniały mi się moje rysunki preparatów Juergensa i przekrojów mózgowych, więc zatopiłem się w tych powierzonych mi małych cudach. – Stanisławie! – krzyknąłem – człowieku! Powtórz to raz jeszcze, bracie, że neurologia jest tłumikiem, aparatem regulującym tłumienia, hamującym regulatorem! O nieba! Czyś ty zmysł stracił? Czy też to objawienie! Naprędce objaśniłem go, jakich użyć trzeba zabiegów, aby wedle tych teorii, objawionych jego rysunkami, wywołać w miejsce zastrzyku zanik wrażliwości”.

Życie towarzyskie Przybyszewskiego zaczęło rozkwitać, częste zaproszenia przez znane osobistości literackiego Berlina zaowocowały licznymi, nowymi znajomościami. Wszystko to jednak, nie czyniło Stacha szczęśliwym. Warunki finansowe od czasu przejścia na medycynę były wyjątkowo ciężkie. Poza tym miał na utrzymaniu mieszkającą od jakiegoś czasu z nim Martę Foerder oraz ich nieślubne dziecko. Dlatego też propozycja redagowania berlińskiej „Gazety Robotniczej” w czerwcu 1892 roku była dla młodego Polaka w dużym stopniu ratunkiem z ostatecznej nędzy.
I wtedy pojawia się w jego życiu „Gazeta Robotnicza”
Pierwszy numer berlińskiego tygodnika „Gazeta Robotnicza” ukazał się 3 stycznia 1891 roku. Pierwszym redaktorem czasopisma i zarazem nakładcą był Władysław Kurowski, drukowała je niemiecka drukarnia Maxa Badinga, natomiast uchwałę o założeniu polskiej gazety podjął zjazd w Halle. Zadaniem tygodnika miała być „obrona <<interesów klasy robotniczej, najliczniejszej i najbardziej uciemiężonej części narodu>>” . Cztery dni po ukazaniu się w druku berlińskiego tygodnika „Gazeta Robotnicza” została opatrzona podtytułem „Organ socjalistów polskich”. W rok i cztery miesiące później redakcję pisma objął Przybyszewski.

Jakie były główne powody, dla których zdecydował się młody Stachu objąć to stanowisko? Potrzeba stałego zatrudnienia i wynagrodzenia? Fascynacja kierowniczym stanowiskiem? Chwilowe oczarowanie „wyklętym ludem ziemi”? Kaprys socjalistów eksperymentujących z literatem modnym? Dekadenta romans z socjalizmem i ojczyzną? Społecznikowskie zamiłowania? A może przypadek?

„Podjął się tego – czytamy we Wspomnieniach Krzywickiego – nie tyle w imię przekonań (Przybyszewski nigdy nie był socjalistą, byłby raczej anarchistą jedynie ze współczucia dla pokrzywdzonych), ile dla zarobku. Był kiepskim redaktorem, którego trzeba było kontrolować, bo nie wiadomo, co bez kontroli wyjść mogłoby spod jego pióra”.

Na początku widać było zaangażowanie Polaka na nowym stanowisku. Polepszenie sytuacji finansowej umożliwiło mu zmianę warunków mieszkaniowych na lepsze. Przybyszewski znów poczuł się ważny. Posada redaktora tygodnika socjalistycznego dawała mu poczucie siły i potęgi, czego dowody odnajdujemy w jego korespondencji. W jednym z listów do Bogumiły Łukomskiej pisze: „Czuć się kierownikiem ruchu kilkotysięcznego zastępu robotników to daj poczucie panowania siły i potęgi. Pracować nad zniszczeniem tak niesłychanej potęgi, jaką jest obecny ustrój społeczny, słyszeć, jak się to wszystko chwieje, skrzypi, łamie to rozkosz nieskończona.”
Na łamach tygodnika poruszano wiele kontrowersyjnych tematów. Przybyszewski otwarcie mówił, to co myślał. Najcięższe ataki kierował przeciw zapędom Kościoła katolickiego. W artykule „Księżą germanizatorami” ostro krytykuje kler, argumentując swoje wywody konkretnymi przykładami – nazwiskami. Przybyszewski ukazuje przede wszystkim sposób działania Kościoła Katolickiego w stosunku do fali germanizacyjnej. Grzmi słowami:
„Ambonę, która ma służyć do głoszenia słowa bożego, używają do zbrodniczych zamiarów, bo starać się komuś jego język ojczysty wydrzeć to jest zbrodnią, to jest największą zbrodnią, jaka istnieje, bo to jest zabicie duszy człowieka”.
Przybyszewski jako świeżo upieczony redaktor socjalistycznego tygodnika wyraźnie określał również swoje stanowisko co do socjalizmu „sam tylko socjalizm jest obrońcą praw narodowości; sam on tylko zabezpiecza utrzymani języka. Wobec tego, bracia robotnicy Polacy, że Polacy sami, twoi przywodziciele, dążą do wynarodowienia Twego, łączcie się z socjalistami i całymi siłami, zwróćcie się przeciwko waszym wrogom, przeciw wrogom naszej polskiej narodowości, przeciwko kapitalistom i ich poplecznikom, panom i księżom. Socjalizm sam jeden jest nie tylko jedynym ratunkiem do polepszenia naszego bytu, ale zarazem do zachowania naszej narodowości” oraz narodowości, zwłaszcza wtedy, gdy w grę wchodził brak godności narodowej oraz służalstwo wobec wroga „my, garstka młodzieży którzy nie pozwoliliśmy sobie zbrukać serc naszych brudnym sobkostwem, my, synowie ludu i robotników, którzy życie nasze, naukę naszą poświęciliśmy dla dobra ludu, my, którzy sami marniejemy wobec prześladowań, denuncjacji i szpiclowań waszych, my, prawdziwi Polacy, bo umiemy się poświęcić i żyć nie dla grosza […] rzucamy wam, zgniła i marna inteligencjo, waszą hańbę w oczy.”

Z czasem jednak wokół osoby Stanisława Przybyszewskiego zaczęło narastać coraz więcej kontrowersji. Budził on najbardziej skrajne uczucia. Był wielbiony i krytykowany, fascynował zarazem i zasiewał niechęć. Jego odwaga mówienia zawsze głośno, co myślał, nie ze wszystkim zadawalała ludzi ze środowiska socjalistycznego. Członkowie partii, jak Witold Jodko – Narkiewicz (Berlin), Stanisław Mendelson (Londyn) zaczęli krytycznie patrzeć na poczynania młodego Polaka. Niezadowolenie wywołał zwłaszcza nieuporządkowany stan administracji oraz rachunków kasowych, prowadzonych chaotycznie, bez rozkładania sum na poszczególne pozycje. Z wyjaśnieniami zwrócono się do redaktora. Ten jednak rozpoczynał właśnie najciekawszy etap swojego życia, związek z grupą niemiecki i skandynawskich artystów, w związku z czym miał prawo, jak sam uważał, wydać pewne kwoty pochodzące z kasy pisma, na własne potrzeby.
Rozpoczął się okres permanentnego napływu do londyńskiej centrali partii socjalistycznej różnych informacji – prawdziwych lub wyolbrzymionych – dotyczących zarówno życia zawodowego, jak i prywatnego młodego Polaka. W przeciągu kilku tygodni wiadome było o Przybyszewskim:
„…dziwny to facet – jak relacjonuje informator Jodko Narkiewicz – przede wszystkim ogromnie słaby i dający się powodować każdemu, dalej – ogromnie zdenerwowany i jakiś zniechęcony do życia.”
Bezpośrednią przyczyną takich zachowań redaktora „Gazety Robotniczej” było udzielenie pomocy aresztowanemu przez policję pruską, przybywającemu potajemnie do Berlina Stanisławowi Grabskiemu.
Stachu nie potrafił stanąć w obliczu obecnej sytuacji, nie wykazał należytej siły charakteru w postępowaniu. Po rewizji przeprowadzonej w jego mieszkaniu nie potrafił dojść do siebie, co znalazło negatywny oddźwięk w kołach partii socjalistycznej. Wyglądał na chorego, cały drżał, według relacji jego współpracowników – towarzyszy nie nadawał się chwilowo do żadnej pracy.

9 maja 1893 roku londyńska centrala partii socjalistycznej otrzymała następującą informację:
„… ma on żonę, która mu ciąży; to ma być prosta kobieta; z powodu tego pije, zajmuje się okultyzmem, dekadencją etc.”

Wiadomość dotyczyła oczywiście Marty Foerder. Od tego momentu sytuacja Polaka na stanowisku redaktora berlińskiego tygodnika socjalistycznego zaczęła ulegać zmianie. Socjaliści polscy nie okazali się wrażliwi na sytuację Przybyszewskiego. 30 września 1893 roku, był ostatnim dniem pracy Stacha w „Gazecie Robotniczej”.
Kim była naprawdę Marta Foerder i jaki miała wpływ na życie i twórczość Przybyszewskiego na legendę tworzącą się wokół jego osoby?

[Katarzyna Więcławska]

Przypisy:
S. Przybyszewski, Listy, oprac. S. Helsztyński, t. 1, Warszawa 1937, s. 47.
K. Kolińska, Stachu, jego kobiety, jego dzieci, Kraków 1978, s. 38.
Utraciwszy stypendium Kasy im. Marcinkowskiego znalazł się Przybyszewski na łasce rodziców, krewnych oraz znajomych.
Cyt. za S. Helsztyński, Przybyszewski, Warszawa 1947, s. 54-55.
J. Myśliński, Polska prasa socjalistyczna w okresie zaborów, Warszawa 1982, s. 100.
L. Krzywicki, Wspomnienia, t. II, Warszawa 1958, s. 439.
Listy Stanisława Przybyszewskiego, Warszawa 1937 – 1938, t.1, s. 73.
Gazeta robotnicza, nr 46, 1892.

One thought on “O Stanisławie Przybyszewskim słów kilka … pierwsze kroki w Berlinie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *