Paryskie odkrycia cz. I. Nenufary Claude Monet…

Follow my blog with Bloglovin
Kochani! Chciałabym Was dziś wprowadzić w świat barw. Świat harmonii, świat burzy i naporu, świat ogromnego niezdecydowania i jednej konkretnej kreski, świat plam i znaków hipnotyzujących swoją głęboką tajemniczością i egzaltowaną skromnością, w świat uchwycenia ulotności i zatrzymania się na chwilę nad nią, w świat barw mieniących się w blasku słonecznych promieni.

Barw, w których mam nadzieję, Każdy z Was odnajdzie coś dla siebie.

Kilka dni temu, dzięki uprzejmości wspaniałego Człowieka udałam się w podróż – mogę teraz z ręką na sercu powiedzieć – życia, podróż w głąb siebie, w głąb własnego intelektualnego poznania nie tylko z perspektywy obrazu malowanego, ale również rzeźby. O rzeźbie jednak w kolejnym poście z serii „paryskie odkrycia”

Barwność towarzyszyła mi od dawna. Kto mnie naprawdę zna, wie, iż mam w sercu kilka ulubionych płócien mniej lub bardziej znanych malarzy – jakże jednak dogłębnie poruszających moje wnętrze.

Tym razem udałam się w podróż: podsumowującą i poszukującą. Cel był zamierzony: spojrzeć na Nenufary Moneta, ożywić, to co w sercu, przywołać wspomnienia z ostatniej – ponad 14 lat temu – wizyty w Louvre i udać się w wędrówkę po muzeach w odkryciu następnego, tego jedynego malowidła, czy też rzeźby – artystycznego Kochanka, który poruszy moją duszę.

Nie był to przymus a wyzwanie, wyzwanie, które zakończyło się sukcesem. Kochani wracam z Paryża zakochana. Nie da się przekazać za pomocą słowa, tego walca, który w moim sercu właśnie rozpoczyna swój takt, albo ja nie potrafię, może jednak Debussy ze swoim Clair de Lune chociaż odrobinę, przybliży Wam piękno, harmonię i szczęście, które w tej chwili tańczą swego walca w sercu mym. Muzyka bowiem zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne.

Jeszcze 10 lat temu nie uwierzyłabym, iż kiedykolwiek będę siedziała w mieszkaniu Paula przy Avenue Edgar Faure, z widokiem na wieżę Eiffla popijając kawę i słuchając Clair de Lune…

Oby każdemu z nas spełniały się takie pragnienia!

Duszę artysty widać tu na każdym kroku. Na ścianach jeden z moich ulubionych jego obrazów – nie na sprzedaż, co mnie nie dziwi. Wiem jednak, iż kiedyś będę właścicielem jednego z jego dzieł – zakupionego podczas aukcji, zrobię wszystko od A do Z, by poczuć tego ducha, tą siłę, tą wnikliwość i tą głębię, z którą powstawały malowane jego dłonią.

Tymczasem rozpocznijmy cudowne, głębokie, przemyślane laudatio ku czci tego, w którym kocham się od dawna. Z miłości do Les Nympheas… obym była silna i mądra, i obyś tchnął ducha swego w pióro me i rozkochał w sobie rzeszę nowych „niewolników”.

(niestety zdjęć nie można było robić – dlatego posłużę się „podkupionymi” z sieci )

Oranżeria Nenufary

slynne-nenufary-claude-a-monet

Ponieważ jestem w Paryżu i paryski klimat mi się udzielił, zacznijmy od nietuzinkowego skojarzenia. Film „O północy w Paryżu” znają wszyscy miłośnicy francuskiej stolicy, a już na pewno Woody’ego Allena.

Niewielu z nas jednak, zdaje sobie sprawę z tego, iż jedna ze scen z tegoż filmu rozgrywa się na słynnym japońskim mostku we wspaniałym wodno-kwiatowym ogrodzie Moneta w miejscowości Giverny. Ogrodzie, który w 1883 roku Monet sam założył, ogrodzie, który stał się dla niego niewyczerpalnym źródłem inspiracji i pasji, ogrodzie, który przez 30 lat stanowił tematykę jego obrazów z cyklu Nenufary. To co przekazał nam za pomocą obrazu Monet, mimo pogłębiających się jego problemów ze wzrokiem, to cud niewyobrażalny.

Pierwsze obrazy z cyklu to freski o jasnych, niewinnych, czystych barwach, mieniące się światłem, czytelnie, wyraźnie ukazujące pokrytą liliami wodnymi sadzawkę, z drewnianym mostkiem rozciągającym się nad wodą, otoczoną dookoła kwitnącymi krzewami, płaczącymi wierzbami, przez którą pokłaniające się ku brzegowi gałęzie, łagodnie przenikają zapadające w serce promienie słońca.

138987__claude-monet-bridge-over-water-lily-po_p

W późniejszych obrazach z tego cyklu kształty liści, kwiatów, krzewów zlewają się już w jedną całość, rozpływają się w świetle słońca, tworząc jakby wizję sięgającą niemal granic ludzkiej abstrakcji. Całość mieni się granatem, złamanym fioletem, niewyobrażalnie zapadającą w głowie purpurą otoczoną złocistym płaszczem pokrytym barwnymi zielonymi plamami. Wszelkie kształty i kontury zacierają i rozmywają się nadając całości wymiar ponadludzkiego spojrzenia i ponadludzkiej wnikliwości. Temat przestaje być istotny, ważniejsza staje się forma malarska i ukryta pod nią głębia przekazu.

Nenufary

Monet malował Nenufary w różnym oświetleniu, o świcie i o zmroku, w słońcu, we mgle, latem, zimą, wiosną – tworząc dzięki temu wizję niełatwą do ogarnięcia ludzkim umysłem. Chcąc uchwycić ulotne chwile i przemijające wrażenia, w rzeczywistości ukazywał w swoich obrazach stałość natury, jej trwanie wśród ciągłych przemian. Ukazywał odradzanie się na nowo nie tylko natury, ale i nas samych. Jest coś z szaleństwa w Nenufarach Moneta – pozytywnego szaleństwa, w którym nie ma ani wyższości treści nad formą, ani na odwrót.

Water-Lilies

02-water-lilies-1926-1

12-water-lily-pond-1919-3

13-water-lily-pond-1919-4

Nenufares

Nenufary są znakomitym stymulatorem ludzkiej wyobraźni. Niezwykłość kreowanego obrazu malarza nie tylko zachwyca, ale i pozwala odnaleźć zagubiony czas.

Monet malując cykl Nenufary myślał niejako panteistycznie, o czymś, co nie ma początku i końca. Pablo Picasso mówił, iż „niektórzy malarze przekształcają słońce w żółtą plamę, ale są inni, którzy dzięki swojej sztuce i inteligencji przekształcają żółtą plamę w słońce”. Przedstawić ulotną chwilę na płótnie, pokazać ją w pełni, z wielu punktów widzenia, w różnym świetle, o różnych porach dnia i roku – zamiar Moneta (przypomnijmy czołowego przedstawiciela impresjonizmu, bo chyba o tym nie wspomniałam ;)) był doprawdy ambitny. To, że dzieło sztuki, obraz, rzeźba musi mieć wymiar, musi być ograniczone technicznie, jest aspektem czysto ludzkim, Nenufary są bezgraniczne. Są ponad wszelkimi regułami ograniczenia są ponadczasowe, ponadludzkie.

Monet przez wiele lat malował ciągle te same widoki ponieważ były one dla niego tylko pretekstem, do pokazania czegoś głębszego, czegoś, co każdy z nas musi sam w sobie odkryć, do czego trzeba dojrzeć, czego nie zobaczycie czytając mój wpis, jakże miernie oddający magię Nenufar Moneta. Oglądając Lilie Wodne nigdy nie należy lekceważyć drobnostek, bowiem to od nich zależy doskonałość. Potrzeba czasu i ogromnej wnikliwości, dogłębnego przemyślanego spojrzenia, i godzin a nawet i lat zadumy, aby te ulotne drobnostki, które Monet próbował dla nas uchwycić trafiły do naszego serca i odkryte zostały na lata. Jego cykl to niejako spowiedź artysty, do tego publiczna i odważna.

Malarz uporczywie wracał do motywu lilii wodnych zawzięcie i długo malował ciągle to samo ujęcie, niektóre płótna niszczył, a inne grupował i układał w cykle i zespoły. Próbował przekazać nam jak ważne w życiu są ulotne wrażenia, jak trudno dostrzec w zwykłej ludzkiej ponurej codzienności, pędzie życia to co naprawdę piękne. Jak łatwo zapętlić się w swojej brutalnej codzienności nieświadomie, niezauważalnie omijając to, co naprawdę głębokie i artystyczne, co nadaje sens ludzkiemu życiu, co nas wzbogaca, co nas rozwija, co nas przeobraża ku lepszemu.

Twórczy zamysł Moneta najpełniej wyrażają wypowiedziane przez niego słowa: „Jedyną moją zasługą jest to, że malowałem bezpośrednio z natury, próbując oddać moje odczucia w zetknięciu z najbardziej ulotnymi wrażeniami”

Jeszcze za życia Moneta część obrazów z cyklu Nenufary została umieszczona w pawilonie Oranżerii niedaleko Louvre – tej, w której wczoraj dane mi było spędzić dwie godziny, a nadal czuję niedosyt. Miejsce to, to dawny dworzec kolejowy, który państwo francuskie ofiarowało artyście w uznaniu dla jego twórczości. Muzeum w Oranżerii to niesamowity, nietuzinkowy, zapierający dech w piersiach widok i ogromne przeżycie. Muzeum składa się z dwóch owalnych pomieszczeń na ścianach których wisi tylko, albo może aż 8 fresków Moneta przedstawiających Lilie Wodne.  Z głośników płynie cicha, relaksacyjna muzyka, człowiek siada na wygodnych kanapach, patrzy na lilie i czuje, czuje, jak ogarnia go błogość, harmonia i bezgraniczny wewnętrzny spokój.

Płótna są ogromne, jedno dzieło pokrywa całą przestrzeń od góry do dołu na szerokości ścian ponad 2 metrów.

Monet sam skomponował ułożenie swoich obrazów w taki sposób, by stworzyły wrażenie rzeczywistego ogrodu, który artysta przez tyle lat życia utrwalał. Wystawa została otwarta w 1927 roku.

Przypomnijmy, że dopiero wodne fascynacje – Nenufary sprawiły, że Monet został doceniony przez środowisko artystyczne. Kiedy w 1865 roku po raz pierwszy wystawiał swoje obrazy, była to wystawa w tzw. Salonie Odrzuconych, w którym pokazywano dzieła młodych twórców, niezaakceptowane przez jury oficjalnego paryskiego Salonu, gdyż nie odpowiadały ówczesnym akademickim gustom.

Impresjoniści nie byli wtedy mile widziani. Kojarzono ich bardziej z „niechlujstwem” artystycznym, „bałaganem”, uważano ich za artystycznych „degeneratów”, którzy tworzyli swe dzieła w pośpiechu, i którym „stało się coś z oczami”. Jak już wyżej wspomniałam – również Monet – jak na ironię miał problem ze wzrokiem. Zmarł na raka lewego oka, a Nenufary malował już po operacji, po której nosił okulary.

I mimo odrzucenia warto zauważyć, iż już pierwsze dojrzałe prace Moneta, takie jak „Śniadanie na trawie”, zainspirowane obrazem Maneta o tym samym tytule, „Kobiety w ogrodzie” czy „Statki wypływające z portu w Hawrze” wyróżniały się dążeniem do uchwycenia i zapisania na płótnie rzeczywistości postrzeganej przez artystę w ulotnej chwili. Monet prowadził wnikliwą obserwację gry światła o różnych porach dnia i roku, dążył do uchwycenia i zarejestrowania zmian koloru zachodzących w zależności od stopnia natężenia światła. Efektem tych poszukiwań było zastosowanie przez artystę zasady dywizjonizmu i konsekwentne ograniczenie palety wyłącznie do barw widma słonecznego. Stał się tym samym prekursorem impresjonizmu, natomiast jako człowiek stał się symbolem siły i wiary w to, iż warto wierzyć we własne przekonania, iż warto próbować – mimo odrzucenia przez świat – i oddać swoje życie by zrealizować własne marzenia.

sniadanie na trawie

Oddanie Moneta w cyklu „Nenufary”widać na każdym kroku. Niewielu było wówczas malarzy tak zafascynowanych wodą, ulotnością chwili jak Monet. Gdy zaczął sprzedawać swoje obrazy, za pierwsze zarobione pieniądze kupił małą łódeczkę, na której wybudował małe, pływające atelier. Po nieudanych wystawach w Paryżu, gdzie widzowie, przyzwyczajeni do zupełnie innych form, protestowali przeciwko „wynaturzonym, nowym formom malarskim”, mimo psychicznych problemów ucieka z miasta, by stworzyć niewyobrażalnie dziki, pełen tajemniczości i oddania ogród w Giverny a w nim tworzyć, tworzyć, malować, przenieść na płótno to, czym żył całym swoim sercem i co trzymało go przy życiu, z nadzieją, że kiedyś Ktoś dostrzeże głębię przekazu, jaki chciał nam za pomocą kolorów i barw ukrytych pod postacią Nenufar nakreślić.

03-water-lilies-44

monet_gree

Stojąc w Oranżerii i patrząc na te ogromne płótna można odnaleźć się na nowo. Jest coś w Nenufarach Moneta, co nie pozwala oderwać od nich wzroku. Jest w nich tętniący życiem taniec lilii wodnych, które powoli zatracają swoje kształty, stając się barwnymi plamami, tworząc jakby wyspy w odmętach nieskończonej wody przybierającej barwy od zieleni po królewski błękit. Przez chwilę dostrzegałam w tych barwach ukryte pod postacią rozchylających się kwiatów wodnych lilii miniatury naszych kontynentów, otoczonych zewsząd oceanami. W innym momencie miałam przed oczami grupę ludzi, piknikującą w blasku gorących promieni słonecznych, z oddali przyjmującą postać skupiska wielu barw. Rewelacyjna jest ta gama kolorów, jaka mieni nam się przed oczami, oddaje ona nie tylko lekkość oświetlonych słońcem nenufarów, ale również albo przede wszystkim wewnętrzną, prawdziwą radość Moneta z życia. Człowieka, który osiągnął w swoim życiu to, o czym marzył, do czego dążył, mimo przeciwności losu. Rozmach, lekkość i siła widoczne na płótnach świadczą o niebywałej perfekcji uderzania pędzlem o płótno, zgodnych z refleksami światła padającego na wodę, nawet w obliczu jego różnorodnego natężenia (wschód – zachód słońca).

Monet tak hipnotyzuje swoją formą, nierównomiernością płótna, nakładaniem jednej farby na drugą, że ma się ochotę podejść do obrazu i zerwać choćby jeden kwiat. Kwiat wolności człowieka i artysty. Kwiat wiary w ludzkie marzenia. Kwiat spełnienia.

Z nadzieję, że Ktoś z Was kiedyś, będąc w Paryżu uda się do Oranżerii i odnajdzie tam własną, barwną Drogę ku swojemu przeżyciu.

Z Paryża,

Katarzyna Więcławska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *