„Totenmesse. Munch – Weiss – Przybyszewski”

Follow my blog with Bloglovin

Przybyszewski był człowiekiem oryginalnym, o nieprzeciętnych talentach, jednym z nielicznych Polaków, któremu środowisko artystycznych Niemiec dało miano geniusza.

Wytwarzał wokół siebie magnetyczne pole przyciągania, fascynacji, entuzjazmu i negacji. Na innych działał jego urok osobisty, magia zniewalającej wymowy, którą zdobywał nie tylko wszystkie kobiety, lecz również co wrażliwszych przedstawicieli ówczesnego środowiska artystycznego. Do tego wszystkiego dorzucił swoje wczesne utwory, chyba najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek stworzył, utwory poświęcone charakterystyce psychologii jednostki twórczej i apoteozie sztuki, napisane w większości po niemiecku, tym dziwnym i niezrozumiałym dla wielu językiem. Zarzucano mu wiele: aspołeczny stosunek do życia, niemoralność, skandaliczny tryb życia, absolutną negację moralnej i społecznej odpowiedzialności (gruntem do tego były przede wszystkim liczne romanse Przybyszewskiego i nie unormowane życie osobiste). A dalej: chorobliwy erotyzm, bluźniercze „Na początku była chuć”, „nagą duszę” oraz przysłowiowe „sztuka dla sztuki”.

Ale czy wszystkie te oskarżenia były podstawne?

Gdyby bliżej przyjrzeć się chociażby teorii „sztuka dla sztuki” odnaleźlibyśmy w niej po prostu postulat „przywrócenia literaturze i wszelkiemu działaniu artystycznemu jego godności, autonomii, niezawisłości, uwolnienia od doraźnych i pod presją narzuconych funkcji, uświadomienia tak artystom, jak i społeczeństwu, że sztuka jako swoista i odrębna dziedzina działalności twórczej człowieka nie jest i pod żadnym pozorem być nie może instrumentem takiej lub innej agitacji czy załatwiania spraw potocznych naszego życia, lecz jest wartością samoistną, autonomiczną, a jej celem najistotniejszym  i najbardziej zaszczytnym jest docieranie do najgłębszych źródeł poznania, tłumaczenie i wyjaśniane życia nie w jego przejawach przypadkowych i zmiennych, lecz w tych, w których wyraża się jego istota, jego metafizyczna prawda”[1].

Podobnie jest z teorią „nagiej duszy”. Gdyby bliżej przyjrzeć się założeniom Przybyszewskiego, pomijając jego poetycką fantazję i metafizyczną wykładnię, doszli byśmy według Artura Hutnikiewicza, autora artykułu „Stanisław Przybyszewski. Legenda i rzeczywistość” do wniosku, iż „naga dusza” to nic innego jak „dziesięć przykazań” dobrego artysty, do którego najważniejszych obowiązków należą: bezwzględne wypowiedzenie siebie, bezkompromisowe odkłamanie, ujawnianie wszystkich, najbardziej żenujących, przerażających tajemnic życia wewnętrznego, a wszystko to na drodze uporczywej, nieustającej introspekcji artysty, swoistego rodzaju eksperymentu duchowego, wywołanego poprzez stany nowe i nieznane. Hutnikiewicz podkreśla także, iż „naga dusza” Przybyszewskiego jest „w istocie w poetyckim jedynie języku sformułowanym synonimem owego kłębiącego się, ciemnego żywiołu, którego istnienie przeczuł Przybyszewski przed psychoanalizą i psychologią głębi; to freudowskie id czyli ono, podświadomość, bergsonowska le moi profond jaźń głęboka, czyli to co w nas pierwotne, pierwsze, a zarazem najistotniejsze, żywiołowe, dynamiczne, tłumione cenzurą świadomości, krępowane nawykami i postulatami kultury, a odsłaniające się jedynie w stanach szczególnego napięcia i naruszenia równowagi”[2].

Również w Przybyszewskiej koncepcji „chuci” można byłoby odnaleźć jakiegoś współczesnego odpowiednika filozoficznego, chociażby pod postacią bergsonowskiego ẻlan vital lub schopenhauerowskiej woli. Faktem jest, iż precyzując swoje myśli i poglądy autora „Totenmesse” swoje pierwotne pojęcie „chuci” w dalszej swojej twórczości zaczął dogłębniej precyzować, koncentrując się coraz bardziej na wzajemny stosunku płci, wyrażając tym samy swoje poglądy na erotykę, w ich najbardziej wulgarnej i drastycznej postaci, co nie było zbyt dobrym posunięciem. Ale i wówczas można przyznać, że cały jego wysiłek twórczy zmierzał ku wręcz przeciwnym celom, niż mu i potencjalnym odbiorcom imputowano.

Jeżeli sobie to wszystko poukładamy i przeanalizujemy uświadomimy sobie, jak bardzo Przybyszewski był na swój czas nowoczesny, jak wyprzedzał swoją epokę. Jest jedna tylko trudność, która bardzo komplikuje nasz stosunek do Przybyszewskiego, do zaakceptowania jego dzieł i poglądów, niełatwa do pokonania narastająca wobec tego twórcy legenda, ukazująca go w znacznej mierze w negatywnym świetle i skupiająca się przede wszystkim na jego życiu osobistym.

Gdyby jednak Przybyszewski stał się tylko zapomnianym, nic nie znaczącym w środowisku literackim skandalicznym artystą, nie przywoływano by po latach jego twórczości, nie nawiązywano by do jego dzieł, nie pojawiało by się na nowo wiele interpretacji i prób „dotarcia do głębi duszy tego twórcy”, w celu zrozumienia jego osobowości i twórczości. Co prawda był przez dłuższy czas Przybyszewski jako pisarz i twórca traktowany z większą rezerwą, ale Przybyszewski miał i ma to do siebie, że nie pozwolił i nie pozwoli, aby pamięć o nim i o jego twórczości została „uśpiona”. Za życia dokonał tego poprzez „Moich współczesnych”. Tak niedawno, 20 lat temu, odżyła w nas pamięć o „der genialne Pole” poprzez otwartą w 1995 roku w Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie wystawę zatytułowaną „Totenmesse. Munch – Weiss – Przybyszewski”. Zatem legenda Przybyszewskiego jest nadal żywa. Trwa. Był to niewątpliwie bardzo dobry pomysł na wystawę: pokazanie związku trzech sławnych, współczesnych sobie ludzi: norweskiego malarza i grafika Edwarda Muncha, jego polskiego odpowiednika, malarza  Wojciecha Weissa oraz Stacha. Przybyszewski  dostarcza całej wystawi podłoża, staje się punktem łączącym wszystkie trzy elementy.  „Krzyk” Muncha[3], „Melancholika” Weissa[4] i „Totenmesse” genialnego Polaka.

weiss_melancholik

2926_big.aaa jpg

[1] A. Hutnikiewicz, Stanisław Przybyszewski. Legenda i rzeczywistość, w: A. Hutnikiewicz, Portrety i szkice literackie, Poznań 1976, Towarzystwo Naukowe w Toruniu. Prace Wydziału Filologiczno – Filozoficznego, t. XXV, zeszyt 3, s. 48-49.
[2] A. Hutnikiewicz, Stanisław Przybyszewski. Legenda i rzeczywistość, w: A. Hutnikiewicz, Portrety i szkice literackie, Poznań 1976, Towarzystwo Naukowe w Toruniu. Prace Wydziału Filologiczno – Filozoficznego, t. XXV, zeszyt 3, s. 49.
[3] Krzyk, namalowany w okresie berlińskim Muncha, należy do cyklu jego obrazów, który Artysta zatytułował Fryz życia. W latach 1892-1896, Munch namalował, narysował, lub drzeworytniczo wyrył szereg wersji odnoszących się najwyraźniej do tej scenerii. Obrazy lub grafiki noszą takie tytuły jak Rozpacz, Krzyk, Melancholia. Dopatruje się nawet w Krzyku wysoce emocjonalnego wpływu Stanisława Przybyszewskiego, z którym Munch był blisko zaprzyjaźniony w okresie berlińskim.
[4] Wojciech Weiss(1875 1950), malarz; studiował w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie, później w Paryżu , Rzymie i Florencji.; Od 1907 był profesorem w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Malował m.in. pejzaże okolic Płaszowa i Kalwarii Zebrzydowskiej (miejscowości, w których mieszkał), portrety, akty. Wpływ na jego malarstwo wywarła twórczość Mucha, Malczewskiego, pozostawał też, szczególnie w młodości, pod wpływam poglądów filozoficznych Stanisława Przybyszewskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *