Vincent van Gogh … – dobrze jest umierać, gdy się ma świadomość, że zrobiło się w życiu coś naprawdę dobrego, że pozostanie się w pamięci choćby kilku ludzi i będzie się przykładem dla potomnych. Part II.

Follow my blog with Bloglovin

Na popołudniową kawę z ciepłą szarlotką zawitał Vincent… to nasze drugie spotkanie. Usiadł, uśmiechnął się, zamrugał oczami … chwila westchnienia.

– I jak tam Kasiu? … – zapytał.

– Słonecznikowo, mój Drogi, słonecznikowo.

– Wiesz, w życiu robiłem wiele rzeczy, jak już sama zauważyłaś – odpowiedział Vincent. Byłem po trochu marszandem, kaznodzieją, nauczycielem języków, sprzedawcą książek …Ale moim prawdziwym, wypływającym z duszy i serca powołaniem było malarstwo. Dzięki niemu mogę przedstawić wszystko to, co sobie wyobrażam, a nawet więcej. Niektórzy mnie mają za szaleńca, rudowłosego szaleńca. Jeśli chodzi o rudego, to jest dość oczywiste, ponieważ od urodzenia miałem taki, a nie inny kolor włosów. Jeśli chodzi o „szaleńca”, to już inna sprawa. Ci, którzy mnie otaczali nie rozumieli mojego sposobu myślenia, bycia czy malowania, więc za życia sprzedałem tylko jeden obraz, teraz zaś okazuje się, iż moje dzieła są warte fortunę! Wielu stara się objaśnić moje obrazy, mój styl, wejść w moją Duszę. Odważnie … ale kim naprawdę jest ten „szaleniec” ? Z moim bratem Theo prowadziłem bardzo ożywioną korespondencję. Napisaliśmy do siebie ponad sześćset listów. W Londynie zacząłem do nich dołączać również wykonane ołówkiem szkice moich pejzaży czy też rysunki ludzi, których spotykałem. Moje pierwsze duże płótno „Jedzący kartofle” namalowałem w marcu 1885 roku, to najbardziej charakterystyczne dzieło z holenderskiego okresu mojej twórczości. Dzieło o niebywałej sile, jak twierdzą znawcy moich dzieł. Chciałabyś, abym opisał Tobie ten obraz?

– Pewnie!

– Było to dawno temu, poznałem pewną rodzinę chłopską o nazwisku de Groot. To oni – rodzice, córka i dziadkowie. Siedzą razem przy stole oświetlonym bardzo słabym światłem padającym z lampy zawieszonej na suficie. Jest to jeden z wieczorów przy kolacji składającej się z ziemniaków. Są to ludzie ciężko pracujący, fizycznie w regionie Brabancji. Popatrz jak niezwykłe piękno z nich bije. Ich rysy twarzy są twarde i proste, ubrania pocerowane i zakurzone, przesiąknięte zapachem dymu i potu … Jednak spoza ich zniszczonych trudem pracy i życia twarzy, spoza ich kościstych dłoni wyłania się czystość i prostota ich dusz. Ich wewnętrzne dobro. Stół przy którym spożywają posiłek jest ołtarzem, a potrawa dzielonym przez biesiadników wspólnym dobrem. Bez retuszu i upiększeń chciałem przekazać światu prawdziwy obraz chłopów. Malując ich szorstką powierzchowność, nie obdarzając ich konwencjonalnym urokiem pokazałem coś więcej, coś, co mam nadzieję zauważa każdy z nas.

Namalowałem trzy wersje tego obrazu Kasiu! Trzy wersje, a wcześniej wykonałem wiele portretów członków tej rodziny, jak studium przygotowawcze. Bardzo chciałem uzyskać ten mistrzowski światłocień, który stosował Rembrandt. Wiesz, o czym mówię ? Starałem się uzyskać efekt światła w ciemności. Do dziś mam wrażenie, że dzięki mojej pracy, dzięki wewnętrznemu przekonaniu i wytrwałości obraz żyje swoją magią i pięknem.

vincent

– Drogi Vincencie, a co z Paryżem ?

– Ach, ten Paryż. Ach Kasiu. Pierwsze tygodnie spędziłem w paryskim mieszkaniu Theo przy rue Lepic. W tamtym okresie Paryż był wielkim kosmopolitycznym miastem, ośrodkiem artystycznym i kulturalnym całej Europy. Odbywały się w nim ważne Wystawy Światowe. Te wystawy były czymś w rodzaju olbrzymich targów, które stanowiły okazję do wymiany kulturalnej, naukowej i handlowej. W takich warunkach narodził się impresjonizm, jako wielka rewolucja w malarstwie, w  opozycji do tradycyjnych obrazów, które powstawały w zamkniętych pracowniach, przy sztucznym oświetleniu, które przedstawiały postaci wyidealizowane, upozowane, a kolory były czyste i klasyczne. Wszystko było dobrze przemyślane i wyuczone. Ale te obrazy nie były prawdziwe ! Obrazy impresjonistów z kolei powstawały w plenerze, przy naturalnym świetle, przedstawiały zwykłych ludzi, nie upozowanych, zachowujących się przeróżnie, a kolory były najróżniejsze, gdyż zależały – co najważniejsze – od sposobu widzenia artysty i nastroju chwili. Malarz miał pełną dowolność i mógł improwizować, mógł tchnąć ducha w swe dzieła, ożywić je. Takie obrazy posiadały prawdziwość. W nich się zakochałem Kasiu. Często przesiadywaliśmy w paryskich kawiarniach, gdzie dyskutowaliśmy o różnych technikach. Najstarszy z nas Pissarro twierdził, iż zimne kolory palety są najlepsze do malowania w plenerze, na co Monet odpowiadał mu: „tak, tak Bracie, szczególnie do malowania refleksów na wodzie”. Renoir zaś, najmniej rewolucyjny z nas zawsze powtarzał, iż nie powinniśmy przy tym zapominać o otwartej kompozycji. Każdy chciał wnieść swoją wizję gry kolorów. Dwa lata, które spędziłem w Paryżu okazały się być bardzo owocne. Nauczyłem się zawodu malarza, zmieniłem paletę barw, jak i sposób nakładania farby.

Theo był przy mnie cały czas. Był najlepszym bratem, jakiego można sobie wyobrazić. Często odwiedzaliśmy sklep starego Tanguya. Mały składzik pełen farb, płócien. Pan Tanguya sprzedawał wszystko, czego było mi potrzeba do pracy. Zawsze umieszczał moje płótna na wystawie sklepu. Kochany sprzedawca pozował mi całymi godzinami i zawsze ciepło go wspominam. Podziwiałem Paula Gauguina za jego ogromną wiarę w siebie, był też największym hulaką w naszej grupie hahaha. Emile Bernard zarażał mnie swoim dobrym humorem i uspokajał w trakcie żarliwych dyskusji o sztuce. Kasiu – wszystko miało swój sens.

Jednak życie w Paryżu było bardzo drogie, i tak już myśl, iż Theo pracuje na nas obydwu ciążyła mi niezmiernie. Niektórzy artyści mnie rozczarowali i zacząłem się po prostu nudzić słuchając w kółko tego samego. Nie miałem już żadnych nowych wrażeń i brakowało mi inspiracji. Dodatkowo w tamtym czasie zacząłem kłócić się z Theo. Theo poznał cudowną kobietę, odczuwałem, że przeszkadzam, więc za radą mego Przyjaciela Henriego Lautreca wyjechałem do Prowansji w poszukiwaniu słońca. Zostawiłem Theo ponad dwieście obrazów, które powstały w Paryżu, i około pięćdziesięciu rysunków. To był piękny okres, czas odkrywania siebie. Wierzyłem, że sztuka służy nie tylko ulepszaniu świata, ale i siebie. Zauważyłem jednak, iż niewielu ludzi podziela moją opinię i mnie rozumie. Poza tym odkryłem wiele zawiści i zbyt dużo intryg między artystami. Ten świat nie był dla mnie Kasiu.

(Vincent się zamyślił. Wziął do ręki dzbanuszek z herbatą i zapełnił nią swoją filiżankę. Spojrzał na plakat Jokera wiszący na ścianie mego salonu i delikatnie się uśmiechnął).

– Widzisz Kasiu – kontynuował Vincent – Kochać to także umieć się rozstać. Umieć poz­wo­lić ko­muś odejść, na­wet jeśli darzy się go wiel­kim uczu­ciem. Miłość jest zap­rzecze­niem egoiz­mu, za­bor­czości, jest skiero­waniem się ku dru­giej oso­bie, jest prag­nieniem prze­de wszys­tkim jej szczęścia, cza­sem wbrew własnemu. Chciałem, aby Theo mógł zadbać o siebie. Całe życie poświęcił tylko mi. Do Arles dotarłem w lutym 1888 roku, przyjechałem pociągiem, od razu wynająłem pokój w pobliżu stacji. Pierwsze dni były bardzo dziwne, bo znów mieszkałem sam. I mimo, iż spokój, który mnie otaczał sprawiał mi ogromną przyjemność, tęskniłem za wrzawą paryskich kawiarni. W Arles nadal panowała zima. Wszystko zmieniło się z nadejściem wiosny. Mogłem całymi dniami pracować na świeżym powietrzu. Uwielbiałem studiować ten sam temat, ale w różnym oświetleniu i z różnych punktów widzenia. Tak namalowałem „Most Langlois”, „Żniwa w dolinie la Crau”, „Siewcę” czy też „Autoportret w słomkowym kapeluszu”. Malowałem wszystko co widziałem pod lejącym się z nieba żarem słońca. Styl japońskich drzeworytów był stale obecny w moich pracach i całkiem porzuciłem holenderski światłocień.

vincentvangoghmostlangloiswarleszpiorcymikobietami

Van_Gogh_Self-Portrait_with_Straw_Hat_1887-Detroit

Paryscy artyści poszukiwali sztuki impresji, ja zaś szukałem ekspresji, środka, by wyrazić prawdziwą rzeczywistość, nie pozory. Kolor stanowił odbicie mojego nastroju. Nakładałem go coraz intensywniejszymi i mocniejszymi pociągnięciami pędzla. Płotna zaczynały stanowić przestrzenie pełne światła i koloru z postaciami nie narysowanymi, a ukształtowanymi przez pędzel. Słońce wartkimi potokami wlewało się przez okno, a ja miałem przed oczami rosnące nieopodal drzewa, krzewy i kwiaty. Wśród nich wyróżniały się płomienne słoneczniki. Wszystko mnie inspirowało. I tak wykonałem kilka studiów „Słoneczników” w różnych odcieniach pomarańczów i żółci, czysta ekspresja Kasiu, oddana jedynie za pomocą koloru. To właśnie one spośród moich wielu obrazów zyskały największą sławę.

Na różnych płótnach z tej samej serii odcienie koloru pomarańczowego mnożą się, aż nabierają zielonej barwy. Warto o tym pamiętać przy spotkaniu ze „Słonecznikami”. Te jakże proste kwiaty stają się dzięki mojej wizji niezwykle zróżnicowane, niektóre zwijają się w kłębek, płatki innych opadają albo plączą się ze sobą. Życie. Nie widać już odrębnych kresek, tu pociągnięcia pędzla mojego ślizgają się nieustannie po płótnie mocno i agresywnie, nadając wielkość i głębię. Kolistymi gwałtownymi ruchami nakładałem kolejne warstwy, nie przestając ani na chwilę. Słoneczniki me bezustannie obracają się za słońcem. Wiszą w Muzeum w Amsterdamie. Moje Słoneczniki…

vincentvangoghdwacitesonecznikiiii

VngGogh

W okresie tym stworzyłem również przepiękną serię obrazów przedstawiających sad. „Kwitnący sad morelowy”, „Kwitnąca grusza”, „Kwitnące drzewa brzoskwiniowe”. Uwielbiam wiosnę.

05-peach-tree-in-bloom-in-memory-of-mauve-1888

02-orchard-with-blossoming-apricot-trees-1888

Obrazy, które namalowałem w tamtym okresie odzwierciedlają mój pełen pasji entuzjazm. Doświadczyłem tkwiącej w naturze siły życia we wszystkim, co malowałem. Kusiłem się wizją stworzenia kolonii dla artystów, aby żyć wspólnie, by zaoszczędzić na wydatkach, a zarazem wymieniać poglądy, dzielić się doświadczeniem we wspólnej pracowni. W końcu września 1888 roku namalowałem „Żółty dom”, idealne miejsce dla mnie i moich przyjaciół malarzy, które w rzeczywistości stworzyłem. Jedynym, który przyjął me zaproszenie był Paul Gauguin. Wrócił właśnie z podróży do Panamy i miał niewiele pieniędzy. Z pomocą Theo, któremu wysyłaliśmy nasze prace, dzieliliśmy się z Paulem wydatkami. Były to dwa trudne, ale bardzo dla nas obu twórcze miesiące. Na początku wszystko funkcjonowało bez zarzutu.

Van_Gogh_-_Das_gelbe_Haus_(Vincents_Haus)2

Najzabawniejszy był dzień, w którym wyzwaliśmy się na pojedynek namalowania autoportretu i zabraliśmy się do pracy. Paul zatytułował swój obraz „Nędznicy”, ja „Autoportret dla przyjaciela Paula”. W dowód przyjaźni podarowaliśmy sobie te obrazy. Szkoda, że ta dobra atmosfera nie trwała długo. Byliśmy bardzo upartymi i zawziętymi w dyskusjach artystami. Któregoś dnia udaliśmy się do muzeum w Montpellier, po powrocie rozgorała gwałtowna kłótnia o pewien obraz, który tam widzieliśmy. Nim się zorientowaliśmy zaczęliśmy na siebie krzyczeć. Paul zrobił się agresywny i w ogóle przestał mnie słuchać, zagroziłem mu nożem. Przestraszony i wściekły wyszedł z domu. Nie pamiętam, co się wydarzyło po naszej kłotni. Wiem tylko, że przez jakiś czas krążyłem po Arles z silnym bólem głowy. Następnego dnia obudziłem się w szpitalu z zabandażowanym uchem. Wyjaśniono mi, że sam się okaleczyłem. To był mój pierwszy kryzys nerwowy…

(po policzku spłynęły łzy …)

Kiedy doszedłem do siebie, wróciłem do mojego żółtego domku. Rzuciłem się w wir pracy. Zauważyłem jednak, iż niektórzy sąsiedzi bali się mnie, również Theo bał się o mnie, a ja bałem się mojej choroby…Poprosiłem Theo, aby zabrał mnie do Saint-Remy w Prowansji. Brama domu dla obłąkanych zamknęła się za mną. W pierwszych miesiącach bano się, że dom i otoczenie złamią mnie duchowo. Ale mi było to obojętne, oddałem się ponownie malowaniu. Listy z Paryża sprawiały mi ogromną przyjemność. Tu zainspirowały mnie cyprysy. Zamieniłem krajobraz z Arles na krajobraz pełen drzew oliwnych i …. cyprysów. Zawsze fascynowało mnie niebo, a już rozgwieżdżone było moją obsesją. Moje najbardziej zacne niebo to „Gwiaździsta noc”. Przedstawia miasteczko nocą. Te fosforyzujące gwiazdy, przypominające rozwibrowane aureole, jak gdyby zagubione w ogromie wirującego kosmosu to ja, to moje wnętrze Kaś. Tak się czułem. Czułem, że ogarnia mnie jakiś niepowstrzymany pęd. I mimo, iż wydawało mi się, że moje zdrowie polepsza się, przeżyłem kolejny kryzys nerwowy. Widzisz Kasiu, ry­bacy wiedzą, że morze jest niebez­pie­czne, a sztorm straszli­wy, jed­nak nig­dy nie trak­tują tych niebez­pie­czeństw ja­ko wys­tar­czającego po­wodu do te­go, by po­zos­tać na brzegu.

obraz-Vincent+van+Gogh+Gwiezdzista+noc+_main_1783_800

W tamtym okresie dostałem pierwsze dobre wiadomości od Theo. Dwa spośród moich obrazów zostały wystawione w Salonie Niezależnych w Paryżu. Był to rok 1889. Wkrótce potem pewna malarka z Brukseli kupiła od Theo pierwszy, i jedyny zarazem obraz, jaki w życiu sprzedałem..

CZERWONĄ WINNICĘ.

gogh_czerwona_winnica_1888

Wróciłem na chwilę do Paryża, aby poznać mojego bratanka. Jo i Theo dali mu na imię Vincent, na moją cześć! To były bardzo intensywne i pełne emocji dni. Byłem szczęśliwy, że moi bliscy są szczęśliwi, a zarazem odczuwałem smutek, bo nie chciałem być już dłużej ciężarem dla mojego ukochanego brata Theo. Zamieszkałem nieopodal Paryża. W ciągu pierwszych tygodni, dzięki staraniom doktora Gacheta, odzyskałem siły. On sam posłużył mi jako model do jednego z moich obrazów. W „Portrecie doktora Gacheta” chciałem wyrazić łączącą nas przyjaźń. Moje malarstwo nabrało innego rytmu. W lipcu 1890 roku znowu z upodobaniem wychodziłem samotnie w plener. Wyglądało na to, iż kontakt z przyrodą dobrze mi robi. W okolicy było mnóstwo kruków, pamiętam jak dziś. Wtedy też powstał wyjątkowy obraz „Kruki nad polem zboża”.

– Dlaczego wyjątkowy ?

– Ponieważ nie nakładałem farby pędzlem Kaś, a nożem, gdyż chciałem z furią rozsmarować farbę na płótnie. Obraz przedstawia to ogromne pole zboża, żółtopomarańczowe, poruszone wiatrem, który owiewa każdy kłos inaczej. I ta wijąca się po środku droga, w odcieniach czerwieni…a nad polem czarne, stada kruków.

vincentvangogh-wheatfield-with-crows-1890

Bardzo bałem się kolejnych ataków. Próbowałem nad tym panować, bałem się, iż przy kolejnym ataku popadnę w obłęd. 27 lipca 1890 roku jak zwykle wyszedłem na pole i stało się. Roztrzęsiony wróciłem do domu. Wszedłem przez mroczną salę do swojego pokoju. Gospodyni poszła za mną i ujrzała krew na marynarce. Natychmiast pobiegła po doktora. Doktor Gachet obejrzał ranę. W jego ramionach spędziłem całą noc, w ręku ściskałem list do Theo.

„Cóż prawda jest taka, że mogą za nas mówić tylko nasze obrazy”. Nazajutrz przyjechał Theo. Spędziliśmy razem cały dzień. Rana bolała coraz bardziej, na wyjęcie kuli byłem za słaby. Pod koniec dnia zamknąłem oczy i pogrążyłem swoje ciało, bo nie ducha, w śnie wiecznym. Po paru dniach doktor Gachet zasadził dookoła mojego grobu słoneczniki.

Mój brat Theo zmarł kilka miesięcy później w następstwie choroby psychicznej podobnej do mojej, niektórzy powiadają, że zmarł na syfilis. Pochowano go w Utrechcie, ale oddana Jo przywiozła jego zwłoki do Auvers i pogrzebała je obok mych zwłok. Razem spoczywamy i w śmierci nierozłączni.

Kaś starczy na dziś, co ?

[Katarzyna Więcławska]

Od 14 listopada 2015 roku do 14 lutego 2016 roku w Centrum Wystawowym przy PGE Stadion Narodowy w Warszawie będzie można podziwiać jego dzieła z nieznanej dotąd perspektywy multimedialnej dzięki wykorzystaniu technologii SENSORY4™. Wystawa zrobiła furorę w Szanghaju, Berlinie, Petersburgu, Florencji i Singapurze. Teraz przyszedł czas na Warszawę. Jak przekonują organizatorzy każda powierzchnia galerii – ściany, kolumny, sufit, a nawet podłoga przemienią się w pasjonującą opowieść o życiu i twórczości mistrza. Dzieła wyświetlane będą w formie wieloformatowych, tętniących kolorami obrazów. Wszystko ma zostać okraszone poruszającą grą świateł i kolorów dzięki czemu intensywna paleta barw, jakiej używał artysta, nietypowe pociągnięcia pędzla, o których jeszcze wspomnę czy charakterystyczna faktura obrazów oglądane z bliska przy akompaniamencie nastrojowej muzyki mają przenieś Widza do Holandii, Paryża, Arles, Saint – Remy de Provance oraz Auvers-sur-Oise, gdzie powstały jego największe arcydzieła. Multimedialna wystawa nie ukaże warstwy nakładanej farby, nie odda w pełni ducha „żywego dzieła”, ale wierzcie mi Kochani robi wrażenie. Zapraszam.

WYSTAWA VAN GOGH ALIVE WARSZAWA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *