Vincent van Gogh … – tak naprawdę nigdy nie można być niczego pewnym na zawsze, na całe życie, ale można mieć odwagę i wolę, aby czynić to, co się raz uznało za słuszne… part I

Follow my blog with Bloglovin

Wyrażał w pełni siebie samego i znał wartość tego, co stworzył. Był jedynym człowiekiem w tym czasie, który tę wartość znał. Niezauważony przez środowisko artystyczne Rudzielec, o gołębim sercu i niezwykłym talencie. Pozostawił po sobie dywan wielobarwny, utkany z płócien nie tylko malowanych, ale też szkicowanych przez niego dzieł.

Dzieł niezwykłych !

Wydaje nam się, że go znamy, ale prawda jest inna. Jego postać do dziś nie została odkryta, nie odgadnięto jego myśli, głęboko ukrytych w jego artystycznej duszy – postarano się jedynie o ich interpretację, na przestrzeni lat różną.

W jego dziełach ukryte dźwięki rozpieszczają nas paletą zarówno smutnych, jak i radosnych barw. Tańczące „walce”, „mazurki”, „oberki”, „polonezy” przy akompaniamencie „pieśni żałobnych” i nie tylko. Ile w nich życia, ile ukrytej radości, ile werwy z jednej strony, a z drugiej samotności, niespełnionej miłości, niezrozumienia. Ile tu człowieka w człowieku Kochani!

Bardziej krępy niż smukły, zawieszona głowa, przygarbione plecy, krótko przystrzyżone włosy, ruda broda osłaniająca dziwnie wyglądającą twarz, zapadnięte policzki. Jego czoło było zawsze lekko zmarszczone a brwi ściągnięte od intensywnego myślenia. Myślenia, które go zabiło. Miał małe, ale bardzo piękne oczy, które wydawały się czasem błękitne, czasem zielone… Urodził się 30 marca 1853 roku w Groot Zundert niewielkiej miejscowości położonej w holenderskiej Brabancji, jako syn protestanckiego pastora. Rok wcześniej na tej samej plebani, jego matka urodziła martwego chłopca, którego, tak samo, jak i jego nazwano Vincentem. W wyniku tego tragicznego zdarzenia, wzrastał w poczuciu winy, jak gdyby w przekonaniu, iż zawdzięcza życie tylko i wyłącznie śmierci innego człowieka. Uważał, że zgrzeszył przychodząc na świat. Do śmierci nieustannie i rozpaczliwie walczył ze swoim przeświadczeniem.

W wieku 16 lat musiał podjąć decyzję dotyczącą swej pierwszej pracy i choć nie miał jeszcze jasno sprecyzowanych planów zawodowych, z racji tego, iż jego liczna rodzina potrzebowała wsparcia finansowego w 1869 roku przyjął posadę urzędnika w haskim oddziale paryskiego antykwariatu Maison Goupil pod kierownictwem Tersteega, posadę tę, zaproponował mu, jego wuj, również Vincent. Był znakomitym pracownikiem, uzyskiwał świetne referencje, dlatego też bardzo szybko został przeniesiony do londyńskiego oddziału firmy. Mamy rok 1873 …

Uwielbiał Londyn, spacery wzdłuż Tamizy, wolny czas spędzał w muzeach, gdzie poznawał malarstwo brytyjskie. Może z samotności, może z tęsknoty za uczuciem wyższym zakochał się w córce właścicieli mieszkania, które wynajmował – Eugenii Loyer. Jego uczucia nie zostały odwzajemnione, a zawód miłosny zapoczątkował lawinę autodestrukcyjnych poczynań. Potrafił godzinami, a nawet dniami wędrować, aby chwil kilka pobyć pod domem ukochanej, z nadzieją ujrzenia jej choćby przez sekundę, z nadzieją, że dziewczyna – mimo posiadania narzeczonego – w końcu odwzajemni jego uczucie i zrozumie, że kocha tylko jego. Szaleńca, młodzieńcza miłość na długo pozostawiła swój ślad w jego życiu, odciskając piętno na zranionym sercu.

Odrzucenie bolało. W jego wnętrzu panował jakiś tajemniczy rezonans. Rzeczy, o których nie mówił, zdawały się pogrążać u niego w bezdennej głębi i tam ulegać analizie.

W wyniku niemożności wyleczenia się z uczucia, które go rujnowało opuścił Londyn udając się do Etten, maleńkiej, malowniczej miejscowości, do której podczas jego pobytu nad Tamizą, przeprowadziła się jego rodzina. Nie zabawił tam jednak na długo. W wyniku niekończących się kłótni, zwłaszcza z ojcem wywoływanych najczęściej zawirowaniami emocjonalnymi nieszczęśliwie zakochanego młodego Vincenta, opuścił on Etten. Bez franka przy duszy powrócił do Londynu, gdzie początkowo pracował jako nauczyciel w jednej ze szkół, z czasem podjął pracę w księgarni w Dortrechcie, ale i tam długo nie zabawił. W okresie tym zaczął tworzyć swoje pierwsze szkice, ale nie brał tego na poważnie. W jego duszy zaczęły rodzić się zgoła inne emocję. Niebawem odkrył swoje nowe powołanie. Postanowił zostać… pastorem. Przekonany o prawdziwości swojego powołania zapisał się na kurs teologii protestanckiej w Amsterdamie. Jednym z jego nauczycieli był młody Mendes da Costa. Mimo wysiłków nauka szła mu kiepsko, co nie może dziwić, tym bardziej, iż uważał matematykę, łacinę, czy grekę za nauki zbędne dla sługi Boga. Ostatecznie porzucił kurs. W ostatecznej decyzji pomógł mu da Costa, który był człowiekiem niezwykle mądrym.

Pewnego dnia poszli na spacer. Mendes nie chciał się wypowiadać na temat swoistego problemu Vincenta. Pragnął jedynie przedyskutować pewne zagadnienia i pozostawić decyzję młodzieńcowi.

– Każdy człowiek ma własną, odrębną indywidualność i określony charakter – rzekł Mendes – i jeśli postępuje stosownie do tego, wszystko, co robi, obróci się w końcu na dobre. Gdyby Pan został handlarzem obrazów, Panie Vincencie, indywidualność, która uczyniłaby Pana owym handlarzem, sprawiłaby, że byłby Pan dobrym handlarzem obrazów. To samo odnosi się do Pańskiej nauki. Pewnego dnia wypowie się Pan w pełni, bez względu na środki, których Pan użyje.

– A gdybym nie został w Amsterdamie, nie kształcił się na zawodowego pastora? – zapytał Vincent

– To nie ma znaczenia. Czy Pan wróci do Londynu jako kaznodzieja, czy będzie pracował w sklepie, czy zostanie chłopem w Brabancji – do czegokolwiek się Pan weźmie, będzie Pan robił dobrze. Wyczułem, że ulepiony Pan jest z dobrej gliny. Nie raz jeszcze w życiu będzie się Panu zdawało, że poniósł Pan klęskę, ale w końcu znajdzie Pan wyraz dla siebie – i to usprawiedliwi Pańskie Życie.

Po tej rozmowie młody Vincent bez pożegnania opuścił Amsterdam i udał się do Brukseli, gdzie Belgijski Komitet dla Krzewienia Ewangelii otworzył nową szkołę. Vincent zgłosił się i został przyjęty na ucznia. Tu poznał swojego wieloletniego „Anioła Stróża” – Pastora Pietersena, człowieka, dzięki któremu niebawem znajdzie się w miejscu, w którym pobyt całkowicie odmieni jego życie. Vincent nie był dobrym mówcą, nie potrafił mówić bez rękopisu, zarówno współuczniowie, jak i nauczyciele wyśmiewali go. Stargane do ostateczności nerwy Vincenta często dawały o sobie znać. Po kilku miesiącach wezwano go na rozmowę przed Komitetem. Gdy zjawił się, w kościele byli już w nim pozostali uczniowie.

– Monsieur van Gogh – ku wielkiemu ubolewaniu – rzekł jeden z członków Komitetu – odnosimy wrażenie, iż Pan nie jest dostatecznie przygotowany do niesienia między lud słowa Bożego. Muszę oznajmić, że nie mamy dla Pana zajęcia. Odmawia Pan posłuszeństwa, pierwszym zaś nakazem Kościoła, jest absolutne posłuszeństwo. Poza tym, nie potrafi Pan wygłaszać kazań ex tampore. Jeśli Pan chce może Pan przejść dalszy sześciomiesięczny kurs.

Vincent popatrzył na swoje ciężkie, niezdarne buciory i zauważył, że skóra ich jest popękana. Przed oczami miał ostatnie kilka miesięcy. Pracował po dwadzieścia godzin dziennie. Być może zaczął za późno, być może rodzina będzie to uznawała za porażkę. Będą twierdzili, że nigdy do niczego nie dojedzie, że jest niezdolny i niewdzięczny – czarna owca w rodzinie van Goghów. Żadna odpowiedź nie przychodziła mu do głowy. Odwrócił się więc i wyszedł w milczeniu. Biegł szybko ulicami miasta. Wróciwszy do domu, zastał w swoim pokoju pastora Pietersena, który zaprosił go do siebie na kolację. Zasiedli do stołu.

– Borinage – mówił gospodarz – jest okręgiem górniczym. Cała niemal ludność pracuje tam w kopalniach. Czyha na nich tysiące niebezpieczeństw a na domiar złego płaca jest tak marna, iż z trudem wystarcza im na zaspokojenie potrzeb ciała i duszy. Mieszkają w zapadniętych ruderach. Kobiety i dzieci spędzają w nich większą część życia, głodując i trzęsąc się z zimna i gorączki.

– Ale po co Pan mi to mówi? – zapytał Vincent – przecież Komitet mnie oddalił.

– Tak wiem o tym. Przed kilkoma dniami napisałem jednak do Pańskiego ojca i przedstawiłem mu jasno stan rzeczy. Dziś po południu dostałem odpowiedź. Ojciec pisze, że jest gotów wspierać Pana materialnie w Borinage, póki nie wyszukam Panu stałej posady.

Vincent udał się do jednego z najbiedniejszych belgijskich regionów. Jako kaznodzieja przybył do Petit Wasmes w roku 1878. Poznał tu górniczą społeczność niszczoną przez choroby, żyjącą w ubóstwie, o którym nie miał pojęcia, której jedynym źródłem utrzymania była niebezpieczna praca w kopalni. Pragnąc dzielić cierpienie górników oddał im wszystko co posiadał. Sam głodował i chudł coraz bardziej. Dawały mu się we znaki lekkie przypadłości nerwowe, zimno podcinało jego siły żywotne. Często chodził z gorączką. Pod oczami i w zapadniętych policzka utworzyły się doły, które do samej śmierci stały się jego cechą charakterystyczną, ale wysunięty podbródek cechował ten sam upór co zawsze, do samego końca.

Z czasem w jego głowie zaczęły rodzić się myśli kontrowersyjne. Przybył do Borinage, aby nieść potrzebującym słowo Boże, ale nawet Bóg nie potrafił im pomóc. Po kolejnym wypadku w kopalni, w którym zginęło wielu ludzi, których ciał nie odnaleziono, nigdy już nie potrafił wygłosić kazania. Było to dla Vincenta wewnętrznym bankructwem. Stracił siły i ideały, stracił pragnienia, ambicje. Godzinami przesiadywał z oczami wbitymi martwo w przestrzeń. Zgubił Boga i zgubił samego siebie (?!). Z czasem jednak męcząca go stale myśl „zawiodłem”, przerodziła się w inną „co teraz czynić?”.

Może przypadek, może intuicja, może siła wyższa, a może tak miało być. Pewnego dnia u jednego ze znajomych znalazł kilka arkuszy papieru i gruby ołówek. Rękę miał sztywną i oporną. I nagle pojął, że w malowaniu jest jego życie.

Rozpoczął od kopiowania dzieł innych, aby wyrobić sobie lżejszą rękę. W celu uzyskania pomocy materialnej, przezwyciężył dumę i napisał jeden z pierwszych listów kierowanych do Theo – brata artysty, który do samego końca wierzył w talent Vincenta, który przez wszystkie lata wiernie mu towarzyszył pomagając zarówno materialnie, jak i duchowo. Z czasem Drodzy Czytelnicy zrozumiecie, że Theo był prawdziwym Przyjacielem Vincenta, może nawet jedynym, ale Najprawdziwszym.

Wszystkie dotychczasowe porażki wymazał z pamięci. Nawet służba boża nie dawały mu takiego zadowolenia jak sztuka. Malował dużo, nie sypiał, spał na podłodze wyścielonej słomą. Wszystkie swoje ubrania oddał biedakom z Borinage. Sam w nędzy, ubóstwie wiódł życie pełen wiary w to, co robi. Malował. Każdego otrzymanego franka przeznaczał na przedmioty potrzebne mu do szkicowania. Potrafił dniami nic nie jeść, na opał brakowało pieniędzy. W podartych spodniach, dziurawych butach przemierzał hałdy Borinage, w celu poszukiwania jakiegokolwiek skrawka „węgla”. Węgla ? raczej odłamków węglopodobnych, skamielin w większości złożonych z błota i mazi.

Ostatni kęs chleba potrafił oddać biednym dzieciom. Podupadł na zdrowiu bardzo.  Ale, co znaczył głód ciała, gdy duch był zaspokojony?

Codziennie o trzeciej nad ranem wychodził na drogę wiodącą do kopalni i szkicował. Szkicował górników – kobiety i mężczyzn – spieszących do pracy. Jako tło często szkicował wielkie masywy budynków kopalnianych. Jego postacie nie zachowywały proporcji, większość z nich nie posiadała „twarzy”. Ale jednak coś w tych obrazach było. Vincent potrafił wydobyć coś, czego wielu wtedy nie rozumiało. Jego postacie – poprzez nieposiadanie konkretnych rysów – stawały się przedstawicielami wszystkich ludzi. Malowane kobiety – przedstawicielkami wszystkich kobiet pracujących na hałdzie, szkicowani górnicy – wszystkich zmagających się z trudem pracy górników. W jego postaciach żyły wszystkie kobiety i wszyscy mężczyźni z Borinage. W jednej postaci, potrafił Vincent uchwycić wszystko TO, co charakteryzowało wielu udręczonych. To było COŚ więcej, aniżeli jeden poprawny rysunek.

Zły stan zdrowia i naciski ze strony rodziny sprawiły, że w kwietniu 1881 roku przeniósł się do Etten, gdzie kontynuował rysowanie. Latem często wychodził ze sztalugami na plecach szkicując pracujących w polu wieśniaków. Jego modelami byli sąsiedzi, znajomi. Prowadził bardzo skromne życie, aby nie obciążać swoim pobytem rodziców. Wszystko co otrzymywał od brata Theo wydawał na ołówki, sztalugi, płótna. Rodzice bardzo pragnęli zrozumieć syna, tak jak i on sam pragnął być przez nich zrozumiany. Vincent pracował dniem i nocą. Skoncentrował się wówczas tylko na tworzeniu rysunków, w których ukazywał codzienną rzeczywistość prostych ludzi, ich miejsca pracy i narzędzia. Jeśli myślał o przyszłości, to jedynie o tym, aby nie być bratu ciężarem i że dzieło jego zbliży się do doskonałości. W swoich modelach odnajdywał Vincent coś podobnego do ziemi, którą uprawiali. Próbował dać temu wyraz w swoich rysunkach. Jego rodzina nie mogła czasami pojąć, gdzie człowiek się kończy, a ziemia zaczyna. Dziś dzięki temu przeżywamy prawdziwe duchowe, artystyczne COŚ.

Krótki pobyt w rodzinnym domu zakończył się dramatycznymi scenami. Vincent zakochał się po raz kolejny, tym razem w swojej kuzynce Kee Vos Stricker. Była ona córką starszej siostry matki Vincenta Kornelii. Kee była 7 lat starsza od Vincenta i miała 8 – letniego syna. Po śmierci męża, aby zapomnieć o dramatycznych przeżyciach przybyła na wieś, aby w rodzinnym domu Vincenta spędzić letnie dni. Van Gogh zaproponował jej małżeństwo, ale odrzuciła jego propozycję. Według historycznych źródeł słowami: Nie, nigdy, przenigdy!

Vincent dość długo próbował zrozumieć zachowanie kobiety, która wcześniej darzyła go przyjaźnią i okazywała mu sympatię. Historia powiada, że wyznanie miłości było ostatnim spotkaniem zakochanego Vincenta z jego wybranką. Po tym zdarzeniu nigdy potem nie udało mu się porozmawiać z Kee. Aby zrozumieć jej decyzję wybrał się nawet do Amsterdamu, 100 kilometrów pieszo, aby móc porozmawiać z ukochaną. Niestety kobieta odmawiała spotkania z Vincentem. Miał lat dwadzieścia osiem. Od dwunastu lat ciężko pracował, odmawiał sobie wszystkiego. Bezsilność na którą był skazany doprowadzała go do szału. Podczas jednej z prób spotkania z Kee ponownie udał się do domu stryja, aby przekonać kobietę do rozmowy z nim. W geście rozpaczy, podczas oczekiwania kobiety w salonie stryja wsadził rękę w płomień lampy mówiąc: Niech widzę ją tak długo, jak długo utrzymam rękę w płomieniu.

Przy tych słowach włożył dłoń w płomień. Na dłoni wyskoczyły pęcherze. Stryj wyrwał świecę spod dłoni Vincenta nazywając go głupcem i szaleńcem.

Czy był to pierwszy znak choroby van Gogha? Czy van Gogh był w ogóle szaleńcem?

Jako powód niemożności bycia razem Vincenta z Kee podano niezdolność do samodzielnego utrzymania się. Van Gogh chyba do końca życia nie mógł pogodzić się z utratą Kee, mimo, iż na jego drodze pojawiło się w okresie późniejszym jeszcze kilka kobiet. Bardzo zabolało go to, że uznano go za n i e g o d n e g o …

W grudniu 1881 wyjechał do Hagi, gdzie pozostawał pod opieką Antona Mauv’e, ówczesnego specjalisty od tematów wiejskich. Tu związał się Vincent najprawdopodobniej w obliczu osamotnienia i tęsknoty z Sien Hoornik, miejscową prostytutką, która w chwili poznania van Gogha miała już dziecko i była w ciąży z kolejnym.

W 1882 roku w jednym z listów do brata Theo napisał, iż wie, dlaczego Michelet powiedział, że „kobiety to religia”. Odrzucony przez kobiety marzył o kobiecie, o kobiecie, która się nim zaopiekuje, nagotuje strawę, pokrząta się po izbie. Niby niewiele, a jednak.

Dlatego być może w życiu Vincenta tak ważną rolę odegrały prostytutki. Zarówno Sien, jak i w okresie późniejszym Rachel (o której w dalszej części artykułu) posiadały to, co Vincenta pociągało najbardziej, a mianowicie pewien rodzaj ułomności, fizycznej ułomności. Sien nosiła ślady ospy i chorób wenerycznych. Z Vincentem łączyło ją to, że byli dwiema nieszczęśliwymi duszami, dotrzymującym sobie towarzystwa i wspólnie dźwigającymi ciężar życia.

W okresie tym powstaje wiele obrazów, które emanują wielką tragiczną siłą. Wiele rysunków, na których główną postacią jest towarzyszka Vincenta, z tego okresu – Sien. Wiele szkiców wyrażających tragiczną sytuację ciężarnej kobiety.

Związek van Gogha z prostytutką – alkoholiczką nie podobał się środowisku, w którym Vincent przebywał. Cały czas na utrzymaniu brata, wszystko, co miał oddawał Sien, zdawał sobie sprawę, iż ubóstwo niszczy, ale żył w przekonaniu, że inni potrzebują pomocy bardziej niż on. Głodował, jadał czerstwy chleb, który popijał kawą, a potem – woda, gorączka, osłabienie, halucynacje…

Nie chciał prosić Theo o więcej pieniędzy, brat i tak, jako jedyny od wielu lat posyłał mu co miesiąc określoną kwotę, za co Vincent był mu dozgonnie wdzięczny. Theo wierzył mocno, że Vincent pewnego dnia zostanie wielkim malarzem. W obliczy sytuacji, jaka się zrodziła, w obliczu szerzących się plotek postanowił sam odwiedzić brata, aby poznać Sien.

Osobliwy zaiste kontrast tworzyli ci dwaj bracia. Ktoś by pomyślał, że dofinansowanie jakie przesyłał Vincentowi Theo było niewielki. W gruncie rzeczy młodszy brat oddawał starszemu 30 procent swojego wynagrodzenia, co było kwotą dość sporą. Jednak koszt płócien, pędzli, farb znacznie przewyższał budżet Vincenta, który całymi dniami i nocami malował …

Ubiór Vincenta był skromny, zadarte, dziurawe trzewiki, łatane spodnie, ciasna kurtka, okalała, wychudzona twarz. Ile poświęceń, ile cierpienia, ile krzywd i przeszkód na drodze ku temu, abyśmy mogli „upajać się” jego słonecznikami …

Wiedział, że w oczach świata uchodzi za darmozjada i nieroba, za cudaka i niesympatycznego osobnika, dziwaka, za kogoś, kto nie zajmuje określonej pozycji społecznej. W dziełach swych pragnął pokazać, co się dzieje w duszy takiego dziwaka i takiego człowieka BEZ ZNACZENIA.

Tematy obrazów z tego czasu znajdował w nędznych chatach, w najbrudniejszych zaułkach. Im więcej malował, tym bardziej wszystko inne traciło dla niego sens. Im bardziej odsuwał się od innych spraw, tym wrażliwsze stawało się jego oko na kolorystyczne walory życia. Według niego sztuka żądała bezwarunkowego oddania się, nieugiętej pracy na przekór wszelkim trudnościom.

Związek z Sien nie przetrwał.

Van Gogh wyjechał do prowincji Drenthe w północnej Holadnii. Równinny krajobraz przypadł mu do gustu. Tutaj zarówno malował, jak i rysował. Tu również zaczął zgłębiać teorie dotyczące koloru i próbował nieco zmienić swój styl. Do tej pory używał barw ciemnych, szarych, tu zaczynają pojawiać się barwy jaśniejsze. Jedyną trudnością był fakt, iż farby były bardzo drogie – a on nakładał je grubo. Malował tak dużo, iż rachunki za płótna rosły w zatrważający sposób. Nie umiał nakładać cienko farby, nie umiał pracować powoli. Pieniądze topniały. Jak tylko przychodziły pieniądze od brata biegł do sklepu i zamiast jedzenia kupował wielkie tuby farby. Potem pracował w radosnym upojeniu, wygłodniały, wychudzony, wycieńczony.

W grudniu 1883 roku powrócił do rodziców, którzy w międzyczasie przeprowadzili się do Neunen, małej wioski w północnej Brabancji, niedaleko Eindhoven. Został tu do listopada 1885 roku. Malował przede wszystkim rolników. W tym czasie zmarł również ojciec Vincenta. Śmierć ojca zbliżyła braci.

Nie jadał z innymi przy wielkim stole rodzinny, tylko sam w kącie, z talerzem na kolanach. Podczas posiłku ustawiał swoje obrazy na poręczy krzesła przed sobą i krytykował bez miłosierdzia ich błędy i słabe strony. Nie rozmawiał prawie nigdy z rodziną, rzadko również zwracał się ktoś do niego. Jadał przeważnie suchy chleb bez dodatków, aby przyzwyczajeniem się do lepszej strawy nie rozpieszczać się za bardzo. Gdy przy stole padało nazwisko któregoś z uwielbianych przezeń pisarzy, wtrącał się niekiedy. W gruncie rzeczy uważał jednak, iż współżycie rodzinne najlepiej układa się wówczas, gdy poszczególni członkowie rodziny jak najmniej ze sobą mówią. Wiedział, iż uważają go za darmozjada i nieroba. Zdawał sobie sprawę, że jest dla nich ciężarem, że nie podoba im się to, że jego jedynym źródłem utrzymania są pieniądze, które otrzymuje od Theo, ciężko pracującego w Paryżu.

Na przełomie lat 1884–1885 sporządził ponad 40 szkiców głów wieśniaków. Wybierał do pozowania tych, których wygląd uważał za zgodny z jego wyobrażeniami dotyczącymi chłopów: ludzi o grubych, płaskich twarzach, niskich czołach i grubych wargach, wyolbrzymiając nawet te cechy przy malowaniu. Na jesieni 1884 van Goghowi w jego malarskich eskapadach często towarzyszyła Margot Begemann, córka sąsiadów, starsza od niego o 10 lat. Zakochała się w nim, a Vincent odwzajemnił jej uczucia, choć z mniejszym entuzjazmem. Gdy był młodszy myślał, iż wszystko zależy od przypadku, od drobnych spraw i nieporozumień. Teraz w wieku dojrzałym wiedział, że za wszystkim kryje się głęboki sens. Wiedział, iż nieszczęściem wielu ludzi jest to, że muszą błąkać się i szukać w ciemności, nim ujrzą prawdziwe światło miłości. I mimo, iż oboje postanowili się pobrać, pomysł ten spotkał się ze sprzeciwem ich rodzin.

W okresie tym powstał również jeden z pierwszych obrazów, którym zainteresowało się środowisko artystyczne. „Jedzący kartofle” uważany jest za podsumowanie pierwszego okresu artystycznych poszukiwań Vincenta. A ponieważ o obrazach artysty będzie kolejny wpis, wspomnę tylko, iż obraz ten z ogromną siłą i intensywnością pokazuje społeczne nastawienie malarza.

Na początku 1886 roku van Gogh wyjeżdża do Paryża …

Vincentowi podobała się międzynarodowa atmosfera Paryża. Pewnego dnia brat Theo zabrał go do galerii Goupil, na Montmartre. Na ścianach salonu wisiały obrazy Delaroche’a, Hennera. Ale Theo przyprowadził tu brata z zupełnie innego powodu, nie po to, aby pokazać mu obrazy już znanych artystów. Obrazy, które chciał Vincentowi pokazać jego młodszy brat miały zapoczątkować coś niepowtarzalnego w życiu Vincenta.

– Obrazy, które cię interesują, mieszczą się na górze, na antresoli – rzekł Theo – gdy skończysz oglądać, zejdź tutaj i powiedz, co o nich sądzisz?

– Co masz na myśli? – rzekł Vincent.

Theo uśmiechnął się tylko. – Do zobaczenia na dole Bracie – odparł i zniknął za drzwiami swego biura. Po krótkiej chwili dało się słyszeć krzyk Vincenta: – Na miłość boską, czy ja jestem obłąkany ?

Obrazy, które wisiały przed jego oczami były odmienne od tych, które kiedykolwiek widział. Obrazy te pławiły się w słońcu i pulsowały życiem. Nie było tu żadnych gładkich, cienkich płaszczyzn, jednostajnych linii, w których od stuleci nurzało się malarstwo całej Europy. Praca pędzla była bezwstydnie widoczna. Każde pociągnięcie, każda kreska obnażona. Powierzchnia obrazu byłą gruba, głęboka, wibrująca. Farbę nakładano bez przejścia jednych w drugie, wiele szczegółów było ledwo zaznaczonych, barwy, linie, światła, proporcje i cienie nie były wyraźne, lecz przepływały w siebie, tak jak oko widzi je naprawdę w naturze.

Dogłębnie wstrząśnięty Vincent zbiegł na dół.

– No i co Vincencie? – zapytał Theo.

Vincent spojrzał na brata bolesnymi oczami.

– Theo, dlaczego nigdy nie mówiłeś mi o tym? Czemu nic o tym nie wiedziałem? Dlaczego nie wezwałeś mnie tu wcześniej? Pozwoliłeś, aby zmarnował sześć długich lat.

– Zmarnował?! Nonsens!!! Wypracowałeś sobie przez ten długi czas własną metodę pracy. Malujesz jak Vincent van Gogh i jak nikt inny w świecie. Gdybyś tu przybył za wcześnie, nim znalazłeś swój własny wyraz, Paryż ukształtowałby Cię na własną modłę.

– Ale Theo, muszę zaczynać od początku. Wszystko, co robię jest fałszywe.

– Wszystko, co robisz jest dobre i słuszne Vincencie… z wyjątkiem światła i barwy. Jesteś urodzonym impresjonistą. To okazało się od pierwszego dnia, kiedy w Borinage wziąłeś ołówek do ręki. Popatrz na swoje rysunki! Popatrz na pociągnięcia pędzlem! Przed Manetem nikt tak nie malował! Spójrz na Twoje linie! Nie zdarza się, abyś poprowadził choć jedną linię zdecydowanie i twardo. Przypatrz się twarzom, drzewom, chłopom, których malowałeś. To są Twoje wrażenia, Twoje impresje. Są one szorstkie, niedoskonałe, noszą piętno Twojej osobowości. To właśnie impresjonizm. Impresjonizm nie naśladuje innych, nie poddaje się niewolniczo regułom i prawidłom. Jesteś malarzem swojej epoki, Vincencie, i jesteś impresjonistą bez względu na to, czy Ci to odpowiada, czy nie 🙂 

– Ach Theo! Co Ty opowiadasz!

– Twoje prace znane są młodym malarzom Vincencie.

– Co Ty opowiadasz Theo?

– Mam na myśli nie tych oczywiście, co sprzedają swoje obrazy, lecz tych, którzy robią wielkiej wagi doświadczenie. Chcieliby Cię poznać. Będziesz mógł się od nich nauczyć paru cudownych rzeczy. A co Ty sobie właściwie myślałeś? Że ja bezczynnie siedziałem przez te wszystkie lata w Paryżu? Uważają, że masz oczy przenikające do sedna rzeczy i ręce urodzonego rysownika. Czego się musisz nauczyć, to barwy i jasności palet oraz malowania powietrza pełnego życia i blasku. Vincencie, czy nie czujesz jak to wspaniale i cudownie żyć w czasach tak PRZEŁOMOWYCH?

– Theo, kochany stary, dobry brat Theo – odpowiedział Vincent. Po jego wychudzonej twarzy spłynęły łzy.

cdn …

Theo_van_Gogh_1872VincentVanGogh

Od lewej: Theo van Gogh, Vincent van Gogh w latach młodości

[Katarzyna Więcławska]

Na podstawie książki Irving Stone „Pasja życia”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *