„Weszła w sztukę tak, jak się idzie do klasztoru. Bez reszty. Jej powołanie (…) było bezapelacyjne”. 1865-1940

„Malując nie musisz namalować dzieła , ale w trakcie malowania napotykasz na pewne zjawiska i doświadczenia na płótnie,z których wyciągasz pewne wnioski i żywisz nimi swoją duszę”

Kilka lat temu na aukcji w Warszawie zakupiono jej obraz za 1 250 000 złotych. To była i wciąż jest jedna z najwyższych kwot, jaką zapłacono za dzieło polskiego malarza.

Towarzyska na swoich warunkach, inteligentna, zabawna, mówiła biegle w kilku językach, hipnotyzowała swoim dziwacznym wdziękiem i ciepłem zrzeszając wokół siebie dość spora grupę przyjaciół.  Jest jedną z pierwszych KOBIET, które podbiły świat malarski.

Przyszła na świat w Krakowie wiosną roku 1865, a odeszła jesienią roku 1940 w Paryżu. Rysunku uczyła się od najmłodszych lat, by w roku 1886 wyjechać do Monachium na studia w prywatnej szkole.
Przypomnijmy, iż mamy wiek XIX – kobiety nie miały wówczas wstępu do Akademii Sztuk Pięknych, z obawy o ich demoralizację. Ale jeszcze im pokaże, jeszcze tam wróci, jeszcze ASP się samo o nią upomni …
Pracuje wytrwale, malując cały dzień, wybiera ciężką i nie obiecującą niczego pracę, niż rozrywki, jakie oferuje jej ówczesny świat. Pali ogromne ilości własnoręcznie skręcanych papierosów oraz pije duże ilości mocnej herbaty nad czym ubolewają najbliższe jej osoby.
Pod koniec wieku XIX, kiedy jest już uwielbianą, znaną i nagradzaną przede wszystkim malarką postanawia przenieść się do Paryża. Jest to jeden z najbardziej produktywnych okresów jej twórczości. Odnosi w Paryżu niewątpliwie ogromny sukces. O możliwość pozowania do jej portretów ubiegają się największe w ówczesnym czasie osobowości.
Ma niebywałe poczucie swojego malarskiego talentu i przede wszystkim swojej pozycji artystycznej, co wyraźnie kontrastuje z jej egzystencjalną postawą i zachowaniem. Na co dzień jest nadzwyczaj nieśmiała, niepewna siebie, co wykorzystuje wielu.

Pierwszy europejski konkurs malarski wygrywa mając 29 lat za „Portret malarza Paula Nauena”. Jest Rok Pański 1894. Złoty medal wręcza jej wówczas książę Karol Ludwik.

olga-boznanska-portret-pawla-nauena-1893-2014-09-22

Z czasem dochodzą kolejne wygrane od Lwowa po Londyn, Wenecję, a nawet po Pittsburgh w USA. Wygrywa z Renoirem czy Signac’kiem a nawet Monet’em. I tak jest do końca jej życia. Dusza artystyczna nie człowiek.

Zyskuje miano malarza nadzwyczajnego, wprowadzającego powiem świeżości i „nowe”, nikomu do tej pory nieznane. Słynny francuski krytyk – Luis Vauxalles – ten sam, który jako pierwszy użył w jednej ze swoich recenzji określenia „kubizm” pisał o niej: „artystka, słynna Polka, oczarowuje nas swoimi obrazami”. Z kolei Julian Fałat oficjalnie nalegał, aby porzuciła Paryż i wróciła do Krakowa przyjmując posadę profesora Akademii Sztuk Pięknych – tej samej uczelni, do której jeszcze około 10 lat wcześniej nikt nie chciał jej przyjąć … bo była KOBIETĄ.

O małżeństwie nigdy nie myśli na poważnie. Uznaje je za rodzaj fizycznego okrucieństwa względem kobiety. Jej życiem JEST sztuka. Wszystko co robi, związane JEST z tworzeniem, malowaniem. W jednym z listów do ojca pisze, iż „w chwili kiedy nie będzie mogła więcej malować, powinna przestać żyć”. Świadczy to o realnym, przemyślanym jej oddaniu względem tego co robi.
W młodości ukazuje nam się jako elegancka, modna dama. Nie narzeka na brak adoratorów. Najpoważniejszym jawi się malarz i architekt Józef Czajkowski. Poznają się w Monachium, są nawet zaręczeni, co długo ukrywają „przed światem”, ostatecznie rozstają się po 9 latach związku. Czajkowski rozstanie uważa za konieczność, jak sam pisze w liście do artystki „nie mogło z tego nic wyjść… Pani mówi, że nie jest kobietą, a ja z mojej strony jako do kobiety nigdy miłości nie czułem”.

Artystka długo cierpi, z czasem pojawia się kolejny adorator Franciszek Mączyński, potem następny – Bogdan Faleński. Obydwaj egzystujący w oparach absurdu po utraconej miłości – Czajkowskim. Mączyński takiego stanu rzeczy nie wytrzymuje, a może i wytrzymuje za długo … ostatecznie po sześciu latach zabiegania o względy artystki, po dżentelmeńsku się wycofuje. Ona natomiast z własnego wyboru zostaje już na zawsze sama ze swoją sztuką.
Jest kobietą niezależną, podąża zawsze swoją drogą. Nawet dziś zadziwia jej determinacja i samodzielność, dzięki którym zasługuje na miano jednostki wyprzedzającej stylem oraz sposobem myślenia swoją epokę.
Tak naprawdę jawi się jako jednostka nie do końca odkryta. Przywiązana do swojej pracowni, nigdy nie wychodzi w plener.
Dla niektórych pozostanie zdziwaczałą starą panną, otoczoną psami, hodującą myszy a nawet szczury, jak głosi plotka towarzyska, czy jednak prawdziwa i adekwatna?
Bezgranicznie skromna, skora do pomocy. Zniszczona przez koleje losu, przesiąknięta cierpieniem zwłaszcza po samobójczej śmierci swojej siostry, z którą była emocjonalnie związana.
Ta niezależna, pełna wewnętrznej determinacji, oddana sztuce stara panna JEST postacią absolutnie wyjątkową !!!

Jej paryska pracownia staje się kokonem, w którym się zamyka, pancerzem niedostępnym dla „zwykłego śmiertelnika”. Odgradza się od świata w sposób dość drastyczny, jak na członka cyganerii artystycznej. Co nie oznacza, iż świat nie mógł zapukać do drzwi jej pracowni. Wbrew pozorom przyjmuje w niej wielu fanów i wielbicieli. Zatem nie są jej obce kontakty towarzyskie. Odbywają się jednak one na jej gruncie i na jej warunkach. Pracownia staje się dla niej tym miejscem na ziemi, które zapewnia jej poczucie bezpieczeństwa, panowania nad sytuacją dnia codziennego, a także panowania nad rozwojem artystycznym. Pracownia mobilizuje i wycisza. Tworzy realną harmonię pomiędzy duszą artystyczną a myśleniem zwykłego śmiertelnika. To pewien sposób na siebie, tworzący swoistą aureolę ku realizacji własnych marzeń, dający najzwyczajniej w świecie, to co najważniejsze – szczęście, radość z własnego tworzenia, oraz wewnętrzny, bezgraniczny, przez nikogo niezmącony, niczym niezakłócony spokój!

Nawet jej pejzaże są widokami z okna – co jeszcze bardziej staje się intrygujące i wciągające ku pobudzeniu ludzkiej wyobraźni i kreatywności.
Specjalizuje się jednak przede wszystkim w portretach dzieci, dorosłych, kobiet, mężczyzn. Jest niebywałą perfekcjonistką. Maluje przede wszystkim duże obrazy na specjalne zamówienie, zwłaszcza Amerykanów. Maluje powoli, niektóre portrety kreuje wręcz latami. Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, schudł bądź przytył, stracił życiową werwę i energię. Jednak chciał czy nie chciał – musiał pozować, chyba, że umarł …

Jej malowidła osadzano często w nurcie impresjonistycznym, jednak ona sama, jak i niektórzy znawcy sztuki malarskiej stanowczo zaprzeczali takiemu zaszufladkowaniu. Według nich powinna być zaliczana raczej do grupy modernistycznych ekspresjonistów.
Malowane przez nią portrety są dogłębnie przemyślane, przepełnione chęcią ukazania ekspresji, uwidocznienia cech charakterystycznych portretowanego. Zamiast na bogactwie techniki skupia się bardziej na odzwierciedleniu osobowości portretowanego, na ukazaniu jego ukrytego wnętrza i jego prawdziwego wizerunku, na stworzeniu jego wiernej kopii, nie tylko zewnętrznej ale przede wszystkim wewnętrznej. I to jest piękne. Nie jest bowiem rzeczą łatwą za pomocą kreski, pędzla czy słowa odkryć wszystkie tajemnice człowieka. Tak go opisać czy namalować aby poczuć co w jego „sercu i duszy w danej chwili gra”. Jej się to udaje, udaje wręcz doskonale !
Co prawda jej dzieła odznaczają się pewną surowością w doborze barw, w którym ogranicza się zwykle do ciemnych odcieni zieleni, szarości, brązu, granatu, nie wspominając o czerni, jednak to co najbardziej hipnotyzujące w jej obrazach to niewinny, odrobinę zakłamujący prawdę o procesie tworzenia dzieła – efekt mglistości i rozmycia!

Kiedy patrzy się na jej obrazy wydaje się jakby powstawały bez żadnego trudu, beztrosko, zwiewnie, przy użyciu drobnych dotknięć pędzlem, niewinnych, delikatnych przetarć. Jednak pod zewnętrzną warstwą beztroskiej zwiewności i mglistości łatwo zauważyć głęboką precyzję, widać, iż każdy portret został skrupulatnie przemyślany, a kolory odpowiednio dobrane.

Jeszcze w zeszłym tygodniu można było obejrzeć jej dzieła na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie. Veni! Vidi! Vici!
Niesamowite przeżycie!

Olga-Boznanska-1865-1940--w-Muzeum-Narodo
Na wystawie znalazło się wiele obrazów ukazujących w pełni malarski i nieodkryty talent artystki.
Plamki japońskiego wachlarza w obrazie „Japonki” z 1889, „Portret z japońską parasolką” 1892 . Artystka jest w łączeniu tych barw po prostu mistrzem! Balansuje na granicy abstrakcji. Zmusza do kreatywnej wyobraźni. Podaje jak na dłoni „tamtą chwilę” i przenosi bez skrupułów do miejsca, w którym dana chwila trwa. Niewyobrażalnie ujmujące przeżycie i nie dające wyrazić się słowami uczucie. Kolory wystawionych tu jej obrazów tętnią życiem kontrastując z od lat utrwalonym wizerunkiem malarki, jako artystki „szarej”. Mają osobliwy charakter nieco chłodny, jednak precyzyjny w każdym szczególe, co nadaje dziełom nietuzinkowego, wysublimowanego charakteru dzieł wspaniałych i niepowtarzalnych w swoim jestestwie.

Portret z japońską parasolkąBretonka1889-olga-boznanska

Jest jednak coś, co w wystawie przeraża i przytłacza widza, sprawiając iż kunszt i piękno malarskiej dłoni artystki schodzi na plan dalszy.
Ludowe powiedzenie głosi: „co za dużo, to nie zdrowo”. Mam wrażenie, że i tu nie do końca przemyślano nagromadzenie tylu dzieł malarki w jednym miejscu.
Przepiękne, doprecyzowane w każdym calu portrety nagle przytłaczają, dając odczucie głębokiego pesymizmu i nostalgii. Wielkie czarne oczy wielu portretowanych śledzą każdy nasz ruch, wyglądają jak widma, pozbawione jakiejkolwiek materialności.
Nadmiar, nadmiar, nadmiar zagłusza prawdziwe oblicze i piękno.

Boznańska_Dziewczynka z Chryzantemami Dzieci_na_schodach
Brakuje mi też w wystawie drugiej „strony medalu”. Jeśli sięgnę pamięcią osobowości malarki była bardzo złożona. Tak, jak osobowość każdego z nas. Kunszt malarski zmieniał się wraz z upływem czasu oraz wraz z pojawiającymi się w życiu artystki kolejami losu.

Dlaczego na wystawie tak mało jest tej „zdziwaczałej, osamotnionej, wyalienowanej, schorowanej malarki”, którą była w pewnym okresie czasu, w którym powstało wiele naprawdę ciekawych i godnych podziwu dzieł?

Dlaczego na większości autoportretach przedstawionych na wystawie jawi nam się jako piękna dama o „pozycji wyprostowanej”. Już przy wejściu na wystawę jesteśmy „karmieni” kilku metrową fotografią malarki będącą jej autoportretem. Autoportretem z którego spogląda na nas kobieta z twarzą zastygłą jak skała, wyciągnięta ku górze szyją, w celu nadania całej postaci powabu, elegancji, nonszalancji i lekkości. Malarka jawi nam się jako kobieta cudownej urody, tajemnicza, godna szacunku i poklasku.

Jakby Nierzeczywista.

To właśnie stanowi największą – mam nadzieję niezamierzoną – negatywną siłę wystawy – nierzeczywistość artystki (może to własne odczucia, nie wiem). Moim zdaniem wystawa robi wszystko, aby zaprezentować malarkę jako piękniejszą, nie mówię o jej obrazach, lecz o niej samej. A przecież ogromną pozytywną siłą osobowości artystki była właśnie jej jakże genialna i niepowtarzalna dziwaczność. Taka była, taką się jawiła w ówczesnym świecie. Taką chciała być sama. Taka jej postać – dla mnie osobiście – jest o wiele bardziej ciekawsza niż naciągana wersja nieskazitelnego jej idealnego wizerunku – damy, artystki.
Nie odbieram talentu artystce. Bo jest on niezaprzeczalny i niepodważalny. Bo intryguje mnie, bo mnie hipnotyzuje, bo działa na moją wyobraźnię, na moje serce i duszę. Bo pobudza do myślenia i daje do myślenia. Nie da się zamieść pod dywan osobowości artystki i udawać, że jej twórczość powstała w oderwaniu od tego, kim była i jaka była naprawdę !

 z17459350Q,Olga-Boznanska-w-pracowni-krakowskiej--z-pieskiem-

Trzeba jednak przyznać, iż wystawa została bardzo dobrze zaaranżowana. Jeśli Ktoś ma w pamięci wystawę obrazów tej artystki zrealizowaną kilka lat temu w Zachęcie doceni pracę i kunszt przygotowań Muzeum Narodowego.
Ekspozycja została przygotowana po mistrzowsku, obrazy oświetlono obficie i przede wszystkim równomiernie. Widz ma szansę na odrobinę przestrzeni, dzieła również, co w Zachęcie było wręcz niemożliwym gdyż tam malowidła „gryzły się własnymi ramami, prowadząc nieustanną walkę o każdy promień światła”. W Muzeum Narodowym artystka została wyeksponowana i nie trzeba być specjalistą od sztuki, aby pojąć co kuratorki wystawy przygotowując ją – chciały widzom przekazać . A przekazują rzeczy całkiem nietuzinkowe, pokazują. mimo „natłoku dzieł malarki” to, czego nie udało się przekazać na poprzedniej wystawie – mianowicie OLGĘ BOZNAŃSKĄ NIEZNANĄ …

„Weszła w sztukę tak, jak się idzie do klasztoru. Bez reszty. Jej powołanie (…) było bezapelacyjne. (…) Potrafiła wypracować swój własny styl i zdobyć uznanie. Ceną, jaką przyszło jej zapłacić, była rezygnacja z życia osobistego”. Znalazłam te słowa w jednym z numerów serii „Wielcy Malarze”… i tymi słowami chciałabym zakończyć dzisiejszy wpis.

Was Drodzy Czytelnicy zachęcam do poznania Olgi Boznańskiej własnym sercem i własną duszą. Piękno to rzecz gustu – jak powiadają Wielcy Poeci – do piękna czasami dojrzewa się latami …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *