Zaproście mnie do stołu … Włodzimierz Szymanowicz 1946 – 1967

Follow my blog with Bloglovin

„Uważam, że moje życie jest udane i szczęśliwe. Lubię je. Nie mam do nikogo żalu ani pretensji. Lubię się dzielić z innymi. Nie mam poczucia, że w stosunku do kogoś mam zobowiązania lub długi wdzięczności. Oczywiście mam ich tysiące, ale codziennych. Gdyby ktoś uważał inaczej, proszę żeby się zgłosił.

Rozsądnie i z rozwagą staram się nie mówić o nikim źle, nie oceniać pochopnie, ale mam duży temperament i jasne sądy. Nie chciałabym nikogo urazić, dotknąć niesprawiedliwie, choć uważam, że wielu się to niestety należy. Ale mam za mało charakteru i nie znoszę konfliktów. Bolą mnie niepowodzenia innych. Tak mam. Lubię ludzi, obcowanie z człowiekiem, lubię życie, ale bez sztuki, muzyki, słowa pisanego mego życia sobie nie wyobrażam. Uważam, że dzięki tym wartościom jest ono bardziej ciekawsze, nie na marne. Mam nadzieję, iż w tym co robię jest cień posłannictwa i to ma dla mnie wielkie znaczenie”.

Może to wszystko nie jest prawdą. Może się okrutnie mylę. Może jak ślepiec po omacku błądzę w gąszczu przepychających się homo sapiens. Może tracę wzrok, jasność umysłu, a serce z krwistego i gorącego zamienia się w szare i twarde jak głaz.
A może to literacki bełkot 🙂

Dzisiejszy wpis dedykuje osobie wyjątkowej ! tak, wyjątkowej. I choć nie wymienię jej imienia, ani nazwiska będzie wiedziała, że wpis dedykuję Jej. To Ktoś, kto w moim sercu ma już od dawna swoje miejsce. Kto na burzliwej drodze w jakiś sposób swoją magią otworzył mi oczy na własne szczęście i zbliżył ku szczęściu niewyobrażalnie. Ktoś, kto zdążył mnie wkurzyć, doprowadzić do szewskiej pasji, pocieszyć i na nowo zirytować. Życie Kochani !
Jednak najpiękniejsze Przyjaźnie, to takie, które do siebie wracają, takie, które bez słów życzą sobie dobrze, takie, które nie muszą prowadzić codziennych dysput o szarej codzienności, o „abrze kadabrze”, o tam i tu. To takie, które kwitną mimo braku wody. Takie, które pielęgnowane są w sercu – na zawsze …

I nawet gdybym była posiadaczką magicznej, czarodziejskiej różdżki 🙂 nic bym nie zmieniła, nic a nic w naszych relacjach.

Czerwiec to cudowny miesiąc na … ślub. Przyroda rozkwita w całej swej okazałości nadając blasku, naszemu pochmurnemu stanowi emocjonalnemu po zimie. W czerwcu mój Przyjaciel, Człowiek, którego znam od lat kilku rozpoczął Nową Drogę, Drogę nie mniej łatwą, i nie mniej trudną – jednakże jak znaczącą. To był piękny ślub i piękne wesele !

Kochani ! z okazji tak pięknego dnia, jakim jest ślub życzę Wam…
tak Wam przede wszystkim, bo teraz już Jedność…
życzę Wam samych słonecznych Dni…
życzę Wam samych wspaniałych Chwil…
pięknych dzieci.

Życzę Wam słonecznego blasku i gwieździstego nieba…
życzę Wam spełnienia na każdym polu, nie tylko prywatnym, ale i zawodowym…
i życzę Wam przede wszystkim własnego, ciepłego skrawka Nieba, na którym pobudujecie wspaniały dom pełen miłości !!!

A teraz wróćmy do Intelektualnych. Pisałam już o Hłasce, pisałam o Słowackim, o Przybyszewskim, dziś kilka słów o człowieku, niestety zapomnianym, a szkoda ! Bo to człowiek o wrażliwej duszy był, o gorącym sercu, może i nazbyt porywczym charakterze, ale jakże adekwatnym do ówczesnej rzeczywistości.
Dziś o człowieku walki i upadku.
O człowieku poszukującym miłości. I w imię tej miłości, tej pięknej miłości, o której potrafił wspaniale pisać – dziś ten oto wpis. Jedna z polskich piosenkarek, mianowicie Elżbieta Wojnowska wyśpiewała sobie jego słowami w 1974 roku Opole:

Zaproście mnie do stołu

Zaproście mnie do stołu
zróbcie mi miejsce między Wami.
Wspominajcie sobie trudne lata,
powiedzcie otwarcie co serdecznie boli,
może znajdzie się między wami wojażer
opowie zadziwiająco o barwnych egzotycznych krajach.

Ileż to razy będziemy wstawać
wznosząc uroczyste toasty,
po ilekroć zadrży stół od śmiesznych powiedzonek.
Zaśpiewamy wspólnie stare bliskie pieśni
a potem usadowieni wygodnie w skórzanych fotelach
zasłuchamy się w fortepianowe pasaże.
Tu za drzwiami podle i samotnie
zaproście mnie do stołu.

Włodzimierz Szymanowicz, bo o nim mowa w momencie śmierci, wczesną wiosną roku Pańskiego 1967 miał zaledwie dwadzieścia lat i uchodził za legendę swojego pokolenia. Właściwie to Szymanowicz był malarzem, ale i wyjątkowo uzdolnionym poetą, o czym niewielu wie, albo pamięta. Tak, mało kto wie, że malował też piękne obrazy słowami.

Zginął podczas bankietu na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie studiował. Dzień wcześniej sprzedał jeden ze swoich obrazów. To było wielkie wydarzenie dla studenta drugiego roku malarstwa. Właśnie z tej okazji młody Włodek urządził dla znajomych, przyjaciół bankiet na uczelni, który okazał się jego ostatnim bankietem. Szymanowicz miał też inne powody do świętowania. Jego wiersze, które na początku roku 1967 wysłał do redakcji „Kultury” spotkały się z gorącym, pozytywnym przyjęciem szefa działu poezji, którym był wtedy Stanisław Grochowiak. W liście do Szymanowicza Grochowiak pisał, iż poeta ma autentyczny talent poetycki.
Szymanowicz nie przeżył skoku z okna. Jak to zwykle z przeklętymi bywa, wokół jego śmierci narosło wiele niejasności. Plotka towarzyska głosi, że niby skoczył sam, niby ktoś go wypchnął. Jacyś ludzie widzieli szamotaninę w oknie. Koledzy poety mówili, że chcieli go ratować. Nie udało się. Przebił szklany dach pracowni rzeźbiarskiej, znajdującej się na parterze i zginął.

Smutne …

Wracając do słowa pisanego młodego studenta ASP. Naprawdę nie trudno się dziwić Grochowiakowi i jego fascynacji poezją Szymanowicza. Jedno jest pewne młody Włodzimierz miał niewyobrażalnie piękną, artystyczną duszę. Potrafił w kilku słowach namalować to wszystko, co w głębi duszy każdego z nas dojrzewa, co często jest ukryte, czego się boimy, a o czym marzymy każdego dnia. Ciężko umieścić Szymanowicza w artykule o miłości, bo Szymanowicz był o wiele bardziej ciekawszą i bardziej złożoną postacią, jego bogactwo nie osiada tylko na miłosnych lirykach. Ale jest twórcą wiersza, który kocham ponad wszystko, który daje mi siłę w chwilach zwątpienia i który od pewnego czasu jest moim hymnem codziennym, hymnem pełnym radości, szczęścia i szaleństwa. Dlatego – dziś Kochani, wspominając o Was, chciałabym Wam w dniu Waszego Ślubu dedykować ten wiersz. Kochajcie się i bądźcie szczęśliwi! 🙂

***
biegnę do Ciebie po mokrej trawie
jest bardzo zielona i mokra

idę w pokorze najcichszej
wąską miedzą granatowym borem

i oto idę szerokim gościńcem
gdy anielskie chóry w leśnej katedrze
głoszą zmartwychwstanie słońca

biegnę do Ciebie łyskającym morzem
a wędrujący Helios wznosi skwarną grzywę

To piękny, poruszający wiersz. Niezwykły w każdym wymiarze – malarsko przede wszystkim ale także piękny język i pełna dojrzałość artystyczna nadają wersom magicznego klimatu. Jak piękna może być miłość w swej najprostszej postaci: lekka, zwiewna, nieskazitelna. I ta najcichsza pokora – jakże wymowna, jakże dojrzała, jakże głęboka. Warto było czekać. A w duszy olimpijski spokój.
Miłość to wspaniałe uczucie. Towarzyszy nam nieustannie, jest wszechobecna. Obcujemy z nią bez przerwy, dzięki czemu stała się na swój sposób nieodłącznym elementem naszej egzystencji. Warto o nią walczyć, bo bez niej istnienie nie miałoby zapewne tak wielobarwnego wymiaru.
Tak naprawdę o miłości wiemy niewiele.

Przez wszys­tkie te ty­siącle­cia ludziom nie udało się roz­gryźć za­gad­ki, jaką jest miłość. Na ile jest sprawą ciała, a na ile umysłu? Ile w niej przy­pad­ku, a ile przez­nacze­nia? Dlacze­go związki dos­ko­nałe się roz­pa­dają, a te po­zor­nie niemożli­wie trwają w naj­lep­sze?

Ludzie nie zna­leźli od­po­wie­dzi na te py­tania i ja też ich nie znam. Miłość po pros­tu jest al­bo jej nie ma. Dlatego jeśli jest pielęgnujmy ją, dbajmy o nią.

Stephen King w jednej ze swoich powieści „Lśnienie” napisał”

„Świat to trud­ne miej­sce. Je­mu nie za­leży. Choć nie żywi niena­wiści do ciebie i do mnie, nie darzy nas też Miłością. Dzieją się na nim rzeczy straszne, których nie można wytłumaczyć. […] Świat cię nie kocha. […] Pa­miętaj jed­nak, żeby ro­bić swo­je. Ta­kie masz za­danie na tym trud­nym świecie, mu­sisz pod­trzy­mywać swoją Miłość do drugiego człowieka i ro­bić swo­je choćby nie wiem co”.

To tyle o miłości. Kochajcie się 🙂 a teraz wróćmy jeszcze na chwilę – krótką do Szymanowicza.
Nie zachowało się zbyt wiele utworów Szymanowicza. A szkoda. Nie trafiłam na żadną biografię Szymanowicza, ani też na jakiekolwiek wspomnienia o nim jego Przyjaciół. W internecie krążą przede wszystkim poniższe dwa wiersze poety, opublikowane po jego śmierci w Kulturze:
Nad Jesieninem oraz Obrazek z Watteau, które oddaję w Wasze ręce:

Nad Jesieninem

Ta alpejska wódka powiała fiołkiem
smagnęło przełyk górskim powietrzem
bo rozcieńczona alpejskim potokiem
co mroźną pianą pryska na wietrze
Pijmy, najmilszy, jeszcze jedną duszkiem
a ja popatrzę przez zielone szkło
zieloną murawą przemokną spodnie
rozsłoneczni się nostalgia jak dzwon
Ech, Jesienin, Jesienin, mój brzozowy Jesienin
przynieś jabłka w malowanej skrzyni
mam za mało złotej matki-jesieni
plujmy życiem jak pestką od dyni

Obrazek z Watteau

Klawesyn przypomniał chwilkę z Watteau
gdzie bachanalia dworskie wśród klonów
Damom aż zmarzły paluszki bo chłód
W konwersacyjej nie brak urzeczeń

Nad złotą łąką w pierwszym słońcu co
zatopiona w stawie wśród łabędzi
Nad złotą łąką w pierwszym słońcu co
zatopione w stawie wśród łabędzi

Miedzią migoce w wyobraźni mej
klonowy liść w kamiennym pucharze
klonowy liść w kamiennym pucharze
w parku szelestach obrazek z Watteau

I tak naprawdę to wszystko. Gdyby nie tomik poezji „Zaproście mnie do stołu” wydany przez wydawnictwo Anagram o Szymanowiczu nie byłoby niemalże nic. To dzięki Jerzemu Leszin – Koperskiemu, czołowemu działaczowi kultury studenckiej, założycielowi Orientacji Poetyckiej Hybrydy świat dowiedział się o istnieniu wierszy i obrazów Włodzimierza Szymanowicza. Dziękujmy losowi, że tacy ludzie byli wśród nas.

Udało mi się natomiast odnaleźć jedno jedyne wspomnienie o Szymanowiczu napisane przez jego kolegę, Włodzimierza Holsztyńskiego. Tekst bardzo poruszający, osobisty. Ukazujący Szymanowicza bez retuszu i upiększeń, bo właśnie bez tego retuszu i bez tych upiększeń był najpiękniejszym.

„Szymon pił i palił od dziecka. Psychiatrzy mu się na nic nie zdali. Sam się ratował jak mógł. Wysoki, przystojny, udał się do Jasińskiego, na kulturystykę. Zostawił po sobie obrazy, ryte w linoleum, widać piwnicę, osiłki na ławkach, mocujące się z ciężarami.
Na innym nocna scena, oponujących w drzwiach ktoś wyraźnie musi wypychać z baru, po schodkach, na ulicę; a ten pijak, z przedramieniem przydepniętym do chodnika czyjąś obutą nogą, ma prawdziwą o to pretensję — no jak to tak? no jakże? no co?!

Podwórko też nie pomagało na nerwy. Chłopaki chodzili z brzytwami w kieszeni. Szymon też się brzytwą nigdy nie rozstawał, aż dopiero pod koniec życia, gdy brzytwę sprzedał mojemu przyjacielowi. Krytycy potem traktowali tę brzytwę jako środek artystyczny w wierszu. Szymonowi na nerwy nie pomagała. Był odważny, ale żył w strachu. Spotykał tego, któremu zrobiono (z ust) „królika”. Ciężko dziecku. Czasem jednak brzytwa przydawała się.

Szymon szkoły nie cierpiał. Miał ostry humor i oko, po latach brał ołówek w lewą rękę (w rękę, nie w palce) i jedną kreską oddawał profil, czy co tam, nauczyciela. Gdy narysował karykaturę w pięć sekund, to można było z niej dowiedzieć się o charakterze modelu więcej niż samemu na niego patrząc sto lat. A na Mazurach chłop wyrwał kół z płotu i gonił Szymona, tak się chłopu własny wizerunek w wykonaniu Szymona spodobał.
Szymon szkoły nie cierpiał. Miał ostry humor i oko, na ogół go nie lubili. Ale na potańcówki chodził. Podpuszczali go, żeby pokazał się, skoro taki kulturysta. Jasiński powiedział, żeby ściągać koszulę i Szymon ściągał, chcą to niech patrzą. Jakiś palant wciąż się go czepiał, skory do bójki z kulturystą, przed dziewczynami. No to go Szymon zaprosił na zewnątrz. Pokazał mu brzytwę i palant się odpalantował.

Także Akademii Szymon nie lubił, mimo że co roku kolekcje studenckich obrazów na korytarzu otwierały jego. W szkole, międzynarodowy konkurs „Afryka w oczach dziecka” też wygrał. Szczupła Murzynka pod ciężkimi palmami, to była jego przystojna matka, wcale nie Murzynka.
Szkoda, że nie docenił środowiska sztuki, jakie by nędzne nie było. Poeci w ogóle go nie chcieli zauważyć. Zmarł nim skończył Akademię. Wiersze matka wyszukała, jeden jako tekst do piosenki wygrał pierwszą nagrodę w konkursie ogólnopolskim, ale on już piosenki nie usłyszał. Więc wiersze w końcu mu (matce?) opublikowali. I tyle dobrego. Matka zmarła, a wiersze idą w zapomnienie. Najlepsze wiersze jego pokolenia. Raz lub dwa nazwano go (pośmiertnie) pionierem, głosem pokolenia, przydali mu ideologię artystyczno-pokoleniową. Jak z tą brzytwą. A był sobą i tylko sobą. Jego wiersze są ponadczasowe.
Byłem niedawno w Warszawie, i na podwórku, gdzie mieszkał. Nawet się nie zmieniło. Takie jeszcze sprzed drugiej wojny światowej.
Krok na zewnątrz i już trudno dostrzec ślad po Szymonie, choć schodził ulice o każdej porze. Gdyby dalej chodził, może byłyby te same.
Wszyscy nazywali go Szymon. Ja go nazywałem inaczej, tak jak się naprawdę nazywał. Znałem go. Szkoda że tak mało.”

Holsztyński napisał również w imieniu Szymanowicza list pośmiertny. I słowami tego listu z nutką zadumy proponuję zakończyć ten wpis: 

„Mój ojciec zmarł wkrótce po mnie. Moja mama szereg lat później, w Szwecji, dokąd wyemigrowała z moim młodszym bratem Markiem. Na koniec zmarł tragicznie Marek. To cała moja bliska rodzina.
Marek odwiedzał Polskę i pozostawił po sobie dziecko na wsi, chyba córeczkę. Dziś musi być dużą panną. Gdyby dobrzy ludzie ją odnaleźli, to niechby miała prawa do mojej sztuki i do wierszy. Nie jestem prawnikiem. To jest tylko moja propozycja. A moje wiersze niech się ukazują w portalu tak jak innych, czysto, bez automatycznej otoczki komentarza, ktorego celem byłoby spełnienie wymagań prawnych.
Gdy miałem 14 lat, to narysowałem swój nagrobek (rysunek „wizja”) i napisałem:

Wł. Szymanowicz
żył lat dwadzieścia
zmarł tragicznie

I przypadkowo tak się stało. Śmierci ani nie planowałem, ani nie chciałem, ani sam specjalnie się nie zabiłem (wbrew temu co ludzi gadali, a nawet gdzieniegdzie wydrukowali). Więc nie wpadło mi do głowy, żeby myśleć o „udostępnianiu” i innych prawnych konsekwencjach mojej śmierci. Mnie jest już WSZYSTKO wszystko jedno. Jeżeli jakiś prawnik pozwie mnie do sądu, to się specjalnie tym nie przejmę.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *