Żem był jak Pielgrzym …. czyli Słowacki mniej znany (1809-1849) I

Follow my blog with Bloglovin

SŁOWACKI mniej znany …

Dziś o człowieku, o którym każdy z nas kiedyś słyszał. Mniej lub więcej. Dziś o tej cząstce „mniej”.
Na lekcjach języka polskiego, wpajano nam Wielkich Wspaniałych Wieszczy Narodowych z Mickiewiczem na czele, za którym nie przepadam – wybacz Adaś! Dalej Słowacki, Norwid, Witkacy po trochu …cóż lata szkolnej ławy minęły i większość z nas rozdział tej swojej podróży zamknęła wraz ze zdanym egzaminem dojrzałości. I nie ma się czemu dziwić, martwe epopeje, hymny pochwalne w dzisiejszych czasach nie robią większego wrażenia na „zwykłym śmiertelniku”, taka postać rzeczy.

Od lat intrygowało mnie jedno, zanim jednak zrobię wpis o periodzie życia Julka, który mnie fascynuje – mianowicie filozofii genezyjskiej – kilka słów o samym Słowackim.
Ukryte prawdy albo niedorzeczności, plotki towarzyskie, niewyjaśnione niuanse młodego pisarza na podstawie książki Jana Zielińskiego „Słowacki – SzatAnioł”.
Zieliński powiadał, że im lepiej poznajemy człowieka, tym mocniej przemawia do nas jego wielkość. Nie ważne, czy ten Kościół to bez Boga czy z nim. Zostawmy aspekt czysto religijny i przyjrzyjmy się bardziej Julkowi. Dzięki Zielińskiemu mamy bowiem możliwość poznać Słowackiego naprawdę dobrze, bo autor nie boi się poruszać trudnych tematów. Pisze o satanistycznych ciągotach poety. O jego odwiecznym druidyzmie. O przejawiającej się bufonadzie a nawet o skrajnej ambicji i jej czasami niedorzecznych konsekwencjach. O chorobliwej zawiści. O zażywaniu narkotyków. Wreszcie o przypuszczalnym homoseksualizmie Słowackiego, o którym albo nie pisze się w ogóle, albo udaje się, że tego tematu nie ma. Zieliński napisał o wszystkich tych sprawach, o których na ogół nie usłyszeliście na lekcji języka polskiego, zwłaszcza w Polsce.
A przecież Słowacki – tak gnębiony przez Mickiewicza, tak skrajnie przez niego doceniany – to człowiek z krwi i kości, który uwielbia podróżować, kocha, uwodzi, gra na giełdzie, robi rzeczy wzniosłe i nikczemne, a przy tym pisze, pisze, pisze ….. cudowne, nietuzinkowe utwory, głęboko osadzone w realiach ówczesnego świata, ale i dzisiejszego.

Jak wyglądał człowiek, który potrafił wyzwolić tak wielką energię duchową prowadzącą do całkowitej zmiany sensu jego życia i jaki był naprawdę Słowacki? .. – tego raczej nie dowiemy się nigdy.

Jednak Słowacki w „SzatAniele” jawi się nam pod wieloma względami jako człowiek, który dla współczesnych, młodych ludzi mógłby stać się kimś w rodzaju guru, któremu wystawić byśmy mogli zupełnie inny pomnik niż wystawiły mu wcześniejsze pokolenia.
W którym miejscu zatem umiejscowiono ten punkt, w którym szkło klepsydry okazało się najcieńsze, w którym tyglu ludzkiej transmutacji złoty pył przemienił się w zły piasek? I dlaczego do tego doszło?
Słowacki bardzo chętnie eksplorował granice przemierzanej przestrzeni. Z geometrycznego punktu widzenia wszystko „zatacza krąg”. U Słowackiego wszystko nadal się toczy …
Julek uwielbiał spacery. Wspinał się na wysokie góry i dachy najwyższych budowli. Schodził do podziemnych jaskiń, tuneli, katakumb. Tak, jakby za życia chciał przekroczyć granicę między tym a tamtym światem. Dziwak? A może po prostu ciekawy świata, ciekawy zjawisk paranormalnych, ciekawy życia po życiu jeden z nas?
Znamy go jako romantycznego wieszcza (sic!), co według mnie po trochu uwłacza osobowości Słowackiego ukazując go przez pryzmat romantycznej zaściankowości. Nie umniejszam tu ważności dzieł romantycznych, nie rozkochuję się jednak w trzynastozgłoskowcach z piekła rodem gloryfikujących „polskość” tylko na papierze.

Mickiewicz contra Słowacki. Pierwszy atakuje, drugi czasami się broni. Pierwszy przeżywa drugiego ładne parę lat nie pojawiając się nawet na pogrzebie „kolegi po fachu”. Egoista? Zakochany we własnym talencie Narcyz lękający się o własne „tu i teraz”? Ale nie o Mickiewiczu chciałam tu pisać … a o Julku.
Chciałabym dotrzeć do Was do pokolenia moich rówieśników, do generacji dzisiejszych maturzystów, do młodych ludzi, których dziś trudno czymś zadziwić pokazując Wam jak inny był Słowacki i jak bardzo żal, że takiego go nie zapamiętaliśmy.
Nie chcę tu badać i stawiać w rankingu wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia. To, że utworu jednego bardziej do mnie przemawiają niż drugiego nie upoważnia mnie do bezmyślnego bajdurzenia o narodowości Mickiewicza czy Słowackiego. Który z nich był-jest-będzie wieszczem wyższej rangi i dlaczego?

Jeśli Polacy, Litwini czy ktokolwiek inny zechce czerpać z dorobku literackiego któregoś z nich – to chwała im za to! Bo wszystko, co piękne, co nietuzinkowe zawsze będzie stanowić inspirację ponad czasową i bez granic. I oto właśnie chyba w słowie pisanym chodzi, o odkrycie w nim, przez każdego z nas własnej duchowości. Ja swoją odkrywam zaczytując się w Słowackim. Stojąc razem z nim na skałach oceanowych w Pornic i tworząc własną filozofię patrzenia na świat. Nie gorszą – nie lepszą po prostu własną.

Mało kto wie, iż Słowacki chciał kontynuować narodową epopeję! „Pan Tadeusz” Juliusza Słowackiego zachował się jedynie we fragmentach, które są dowodem na to, że poeta przymierzał się do napisania dzieła z zewnątrz podobnego tematycznie do utworu Mickiewicza, jednak całkiem innego – wymowniej demaskatorskiego!
Juliusz przelewa na papier kontrastowy obraz mickiewiczowskiego stylu trzynastozgłoskowego, odsłania prawdy o losie Polaków i ujawnia tajemnice tkwiącej głęboko w historii.
Rzecz dzieje się oczywiście gdzie? – w Soplicowie w okresie, gdy z wielkiej wyprawy Napoleona na Moskwę wracają jedynie niedobitki. Nie ma tu optymizmu i entuzjazmu emanujących z kart Mickiewiczowskiego dzieła. W zamian jest obraz klęski oraz postać Napoleona, który staje w progach soplicowskiego dworku. Za Słowackim:

„Tymczasem wchodzi do pokoju
Człowiek niewielki wzrostem, w podróżnego stroju;
Sądziłbyś, że cywilny – gdyby nie miał szpady
Pod pachą – dosyć piękny na twarzy i blady
Mimo zimna. Twarz była jak marmur niezmienna,
Owszem, rzekłbyś, że bielsza od mrozu, promienna,
Jak miesiąc złota… Oddał lekki ukłon Zosi,
Ona się zlękła, oczy spuszcza, nie podnosi,
Nie śmie… stoi jak posąg, a w sobie rozważa,
Czy ma uciec, czy zostać – poznała cesarza
Napoleona… ”

Zachęcam do zajrzenia do tych pozostałych fragmentów przedstawiających obraz „tamtej Polski” w zupełnie innym świetle. W świetle nieakceptowanym przez otaczające Słowackiego wtedy środowisko literackie i nie tylko. Historia lubi się powtarzać. Nie akceptujemy odmieńców, outsiderów odznaczających się w tłumie ludzkich pieleszy „innością”. A co bardziej innością krytykującą nasze postawy.
Udowadnia to pewien rodzaj odwagi słowa pisanego Słowackiego. Chęć przekazania nam – kolejnym pokoleniom czegoś, czego nikt odwagi pokazać nie miał. Intelektualne Drogowskazy to w większości podróż w czasie zabierzmy zatem takiego Julka w rok 2015. Niech jest jak Pielgrzym, co się w drodze trudzi przy blasku gromu.

Przechadzam się z Julkiem Krakowskim Przedmieściem. Tu Kolumna Zygmunta, tam popiersie Mickiewicza, pomnik Piłsudskiego. Julek łapie się za głowę z niedowierzaniem wydzierając z siebie cichy pisk „niemożliwe”. Przenosimy się do Pałacu Paca przy Miodowej pod dawny numer 493 pod którym mieszkał. Następnie udajemy się na spacer Elektoralną 16/22, gdzie leży kamień pamiątkowy z jego podobizną. Aż wreszcie zabieram go na Plac Bankowy – patrzy z niedowierzaniem na kamienistego siebie, łza.
Julek? – co z Tobą? – pytam.
I nagle, jak szum wiatru, jak bezgraniczny spokój porannej rosy słyszę:

Kasiu!

Bóg sam wie tylko,
jak mi było trudno do tego życia co mi dał przywyknąć.
Iść co dnia drogą rozpaczy odludną.
Co dnia uczucia rozrzucać, czuć, niknąć.
Co dnia krainę mar rzuciwszy cudną
powracać między gady i nie syknąć.

Co dnia myśl jedną rozpaczy zaczynać,
tą myślą modlić się i nie przeklinać.
Póki jesteś młoda, wszystko jest możliwe.

Świat stał przede mną otworem. Zwiedziłem Londyn, Drezno, Paryż, Rzym i Neapol, byłem w Egipcie i Grecji. Ach ten znarkotyzowany Londyn. Czytałaś moje „Lambro”? Wielu z nas eksperymentowało wtedy z opium. Byli wśród nas tacy, którzy zażywali laudanum regularnie, choćby Dickens, Byron, Southey.

Próbowałem jednoczyć nas literackich twórców emigracji, ale nie udało się. Może byłem za słaby, może za leniwy. Żal okrutny duszę rozdziera. Kochałem wiele kobiet i nie kobiet. Najbardziej oddaną memu sercu – Matkę, z którą zawsze łączyła mnie irracjonalna więź. Pamiętam nasze ostatnie spotkanie, to było w Polsce.
Moja Polska … (łza).

W Paryżu całe dnie spędzałem w Luwrze. Ah! Mój Ukochany Veronese. Czy jego dzieła nadal cieszą oczy odwiedzających? Pielgrzymi w Emmaus. Tu też wydałem zbiór kilku swoich utworów, jakże nietrafnie nazwany poezją, przecież nie o poezję w mojej „Żmii” chodzi. Nie o tym pertraktuje „Mnich” czy „Arab” tudzież moja „Maria Stuart”. Nawet w „Beniowskim” i „Kordianie” jest ukryta tajemnica.
Jakże trudno pojąc, cóż to chciałem Wam Kasiu przekazać. Od dziecka żywiłem nadzieję na „sławę”. Sławę! Czymże jest sława? Bałwochwalczym tu i teraz? Behawiorystycznymi, ubocznymi działaniami mózgu? Nie o taką sławę walczyłem.

Ukojenia doznałem w Genewie. Niezapomniane trzy miesiące spędzone pośród najpiękniejszych widoków były wielką dla mnie nauką. Zatopiłem się w harmonii, która wszystko łączy i nalewa jednym kolorem. Dostrzegłem, iż sztuka, pod jakąkolwiek postacią by ona nie była – powinna naśladować tę dziwną jedność wszystkiego. Zastanawiałem się długo – nad drzewami, kwiatami, szmerem, różnymi dźwiękami natury – widziałem ją z bliska błękitną albo chmurną. Uwierzyć w życie kamienia Kasiu! Wsłuchać się w głębie otaczającego nas żywiołu, wyzwolić się z jarzma ludzkiej nienawiści i niezrozumienia. To było celem mojej podróży, podróży w głąb siebie.

Chciałbym tu i teraz wspomnieć również o mojej przyjaźni z Charles’em Guigonem.
Był to wspaniały człowiek, intrygujący, inspirujący moje neurony do działania.

Jakie łączyły mnie z nim stosunki?

Jeśli odpowiem, że tylko „przyjacielskie”, albo, że „miłosne”, czy to coś zmieni?
Czy to zmieni moje serce, moją duszę, moją religię, mój szacunek do drugiego człowieka?
Mój nie! Ale, czy Wasz?

Czy zmieni to Wasz stosunek, jakże już „marniejący” czy to do mnie, czy do Mickiewicza, Krasińskiego czy wielu innych, jeśli opowiem o nas coś skandalicznego? Patrząc na ten ponury Wasz Świat roku Pańskiego 2015 uzmysławiam sobie, że wiele się nie zmieniło. Nadal łatwo z serc Waszych wypływa nienawiść, a trudniej trafia do niego dobro i życzliwość, napotykające trudną do przebicia przeszkodę w postaci ludzkiej „skóry” tworzącej niezniszczalny pancerz ludzkiej obojętności i niezrozumienia.

Czy po tym, co dotąd powiedziałem można w ogóle mówić o skandalicznym Słowackim?
Czymże moje życie różniło się od życia wielu z Was? Życie duchowe.

Opuściłem Europę nagle, spontanicznie. Nie będę opowiadał co zaważyło na mojej decyzji, podróży nie żałuję. Dopłynąłem łodzią aż do pierwszej katarakty. Byłem w Syrii i Palestynie.

Czy to nadal najcudowniejsze, przepełnione spokojem i wyciszeniem krainy?

Kwarantannę spędziłem w Betcheszban, w klasztorze braci ormiańskich w Libanie. Piękne to były czasy Kasiu.

Po powrocie z tej grande voyage, na którą wybrałem się po dłuższym pobycie w Szwajcarii i po paru odkrywczych mentalnie miesiącach spędzonych we Włoszech, osiadłem na dobre w mojej ukochanej Francji, w Paryżu. Tu też spędziłem ostatnie dni swojej ziemskiej Wędrówki.

Kasiu! Trzeba mi nowych skrzydeł, Nowych Dróg potrzeba….
bo wszystko przez Ducha i dla Ducha stworzone jest, a nic dla cielesnego celu nie istnieje…
żyłem z Wami, cierpiałem i płakałem z Wami. Nigdy mi, Kto szlachetny, nie był obojętny!

Duchowi memu dał w pysk i poszedł. Nie ma Julka.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *